ikonka

Ostatnio powrócił w internecie jak bumerang tekst sprzed paru już ładnych lat (z 2009 r.) zamieszczony swego czasu na portalu Gazety Wyborczej: wywiad o roli tłuszczów dostępny na stronie http://pokazywarka.pl/margaryna/ przeprowadzony z panią profesor Grażyną Cichosz, mówiącą nam czego nie powinniśmy jeść (margaryny). Ale też i co powinniśmy jeść. Okazuje się, że głównie nabiał i to w ilości 3 porcji dziennie. Ponieważ bardzo wiele osób pisze do mnie w tej sprawie pytając co ja o tym artykule myślę i czy podzielam zdanie pani profesor, pozwolę sobie dzisiaj wyrazić moją skromną opinię.

Odnośnie tego artykułu to zgadzam się jedynie co do margaryn – usilnie reklamowanych jak „zdrowe” sztucznych wytworów człowieka, zawierających substancje szkodliwe (te dobroczynne jak np. fitosterole możemy pobrać bezpośrednio z darów natury i żadna tam syntetyczna margaryna nie jest nam do tego celu potrzebna).

masło czy margaryna

Jednocześnie jednak pozwolę sobie wyrazić niepokój i ostrzec przed bezkrytycznym przyjmowaniem treści tylko dlatego, że wypowiadane są one ustami osoby noszącej prof. przed nazwiskiem.

Pani prof. pracuje w Katedrze Mleczarstwa i Zarządzania Jakością Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Nic więc dziwnego, że będzie ochoczo głosiła tezy typu :
„Nie sposób uwierzyć, że lekarze nie znają tych prac, że nie wiedzą, iż najlepszym źródłem biodostępnego wapnia jest mleko i produkty mleczarskie. Regularna konsumpcja dwóch-trzech porcji nabiału dziennie zapobiega otyłości, cukrzycy typu 2, osteoporozie, nadciśnieniu tętniczemu, nowotworom – niezależnie od wieku, płci, aktywności fizycznej.”

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Niechby tylko jako pracownik naukowy pani prof. spróbowała powiedzieć coś przeciwko mleku! Wyleciałaby z roboty.  😉

Jak dla mnie to „nie sposób uwierzyć”, że osoba z tytułem profesorskim nie zadała sobie trudu sięgnięcia do danych statystycznych gdzie jak na dłoni widać które kraje „cieszą się” najwyższym wskaźnikiem osteoporozy i złamań: są to kraje gdzie pije się dużo mleka i je dużo przemysłowo przetworzonego nabiału (USA, kraje skandynawskie, Szwajcaria itd). Natomiast w krajach gdzie mleko i krowi nabiał nie należą do kulinarnych tradycji narodowych (Chiny, kraje Afryki) złamań jest tyle co kot napłakał, osteoporoza jest niemal nieznana. I skąd oni biorą wapń skoro nie z mleka? Warto też zwrócić uwagę, że dużo mniej złamań jest też w krajach europejskich NIE będących (jeszcze) członkami Unii  (np. Turcja), ale tam odgórnego unijnego nakazu pasteryzowania wszystkiego co się rusza jeszcze nie ma i jeśli spożywa się nabiał, to nie przymusowo pasteryzowany, a zapewne naturalny, czyli jak u nas jeszcze do niedawna w Polsce (mleko na przykład było surowe czyli normalnie kwaśniało naturalnie, a nie psuło się na śmierdząco). Doprawdy te dane są publicznie dostępne w necie, znajdują się np. w czasopismach medycznych dostępnych online. Wcale nie trzeba być Einsteinem by połapać się o co chodzi:

http://www.healio.com/orthopedics/journals/ortho/%7B491b3dbc-394c-4a18-9a84-c33961e37328%7D/~/media/Journals/ORTHO/2012/9_September/10_3928_01477447_20120822_12/fig5.jpg

złamania statystyki

Przykro to stwierdzić, ale spożywanie 3 porcji nabiału dziennie raczej przyczyni się do chorób niż przed nimi uchroni. Ale czy ktoś to będzie sprawdzał? Nie, każdy z reguły łatwo zauroczy się tym, co usłyszy z profesorskich ust. Bo jakże to: profesor nie może się mylić, to się nie godzi, prawda?

Wywiad z panią profesor to nie jest jednak obiektywny głos rozsądku, lecz głos przemysłu. Nie oszukujmy się. Tego przemysłu, który pozbawił nas już jakiś czas temu prawdziwego mleka, prawdziwego masła, prawdziwego nabiału oraz jajek znoszonych siłami natury, bo po te produkty należy się fatygować dzisiaj do specjalnych sklepów z napisem „zdrowa żywność” albo do dziadka na wsi. O czym pani profesor jest uprzejma nie wspominać, ale to zrozumiałe skoro NIE reprezentuje ona interesów ani tych sklepów ani tych wiejskich dziadków.

Więc zamiast ubolewać jak czyni to pani prof.,  to cieszmy się, że spożycie nabiału u nas jest 2-3 krotnie mniejsze niż gdzie indziej, przynajmniej będziemy zdrowsi i mniej łamliwi. Może nawet z czasem dogonimy w tym względzie Chiny, które nabiału nie jadają. Albo choćby Turcję. I będziemy mniej biadolić na temat wszechogarniającej osteoporozy niż taka na przykład zakochana w nabiale Norwegia.

Na witrynie Norweskiego Instytutu Zdrowia Publicznego (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia) znajduje się bowiem grafika obrazująca ilość złamań  – Norwegia (z podziałem na okres zimowy i letni, aby nie było że to śliskie śniegi zimą są przyczyną złamań) na tle innych krajów: http://www.fhi.no/eway/imgstore/6CD042D165.gif

 złamania NorwegiaZnowu mamy stroniące od mleka Chiny na szarym końcu. To nie są dane wyssane z palca przez opętanych maniaków teorii spiskowych czy opublikowane na witrynie „jakichś nawiedzonych wegan” epatujących badaniami Campbella tudzież obrazkami zakrwawionych zwierząt, w ferworze walki z mięsem i nabiałem. To są publiczne dane dostępne na stronie ministerstwa zdrowia, żeby była jasność.  Gdyby ktoś chciał sobie po angielsku poczytać ubolewania zatroskanego ministra zdrowia Norwegii nad stanem zdrowia norweskiego kośćca, to fact sheet znajduje się pod tym linkiem: http://www.fhi.no/eway/default.aspx?pid=240&trg=List_6673&Main_6664=6894:0:25,7584:1:0:0:::0:0&MainContent_6894=6671:0:25,7605:1:0:0:::0:0&List_6673=6674:0:25,7609:1:0:0:::0:0

Znalezienie tych danych nie zajęło mi więcej niż pół godziny. To są jawne dane, publicznie dostępne na poważnych rządowych witrynach (niestety nie naszych). Ale o tym wszystkim prof. Cichosz nie wie (albo wiedzieć nie chce, bo z roboty by wyleciała zapewne kurcgalopkiem gdyby tylko pisnęła o nich słówko), więc  robi to, co jej pisane czyli poleca „zdrowe mleko”, rzecz jasna uświęcając to swoim profesorskim autorytetem. Pasteryzowane oczywiście (bo innego w sklepach przecież niet), które ponoć jest i tak super zdrowe, a jakże, i niemal nic a nic nie zmienione, no może ociupinkę, ale to takie maleńkie nic dosłownie i w ogóle się nie liczy i mamy się tym nie przejmować tylko pić.  Żeby było śmieszniej pani prof. od mleczarstwa poleca nabiał w szczególności jako lekarstwo na… osteoporozę: http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/mleko-nie-szkodzi,3643.html

Materiał z telewizji śniadaniowej był emitowany w tym samym czasie co publikacja wywiadu w „Wyborczej” (rok 2009). No taki przypadek po prostu – wszelkie krajowe pismaki się hurtem do pani profesor w 2009 roku zleciały chcąc wysłuchać co też ma ona do powiedzenia na temat szalonej i niepodważalnej zdrowotności nabiału. Opisowy wstęp do mini-wywiadu telewizyjnego z panią profesor wprowadza nas w odpowiedni nastrój:

Głosy, które twierdzą, że mleko jest szkodliwe dla człowieka pojawiają się z powodów ekonomicznych i oszczędnościowych. Białka roślinne są dziesięciokrotnie tańsze niż produkty mleczne. Nasz mózg – gatunku homo sapiens – powstał w zasadzie dzięki temu, że nasi przodkowie jedli ryby, mięso i oczywiście pili mleko. Nie ma zdrowszego produktu niż mleko – mówi prof. dr hab. Grażyna Cichosz z Katedry Mleczarstwa i Zarządzania Jakością Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Czyli bez ukatrupiania istot żywych i karmienia się nie tylko ich trupami ale też delektowania się ich poporodową wydzieliną bylibyśmy tępakami po prostu. A tak to mamy mózg – niewiarygodne! Prawdziwy cud Matki Natury. Musimy teraz bardzo uważać bo jak tak dalej pójdzie i Ona tak jak i nam w swej hojności teraz ten numer znowu wywinie innym stworzeniom, to lwy, morsy, lisy lub tygrysy niedługo prześcigną nas inteligencją i to one pierwsze wylądują na Marsie, a nie my. Tyle mięsa jedzą, że jak im te mózgi jeszcze tak trochę na tym mięsku podrosną, to strach się bać, jak będzie ta nasza planeta wyglądać. 😉

zwierzaki jak ludzie

Nie będę dochodzić czy to prawda, czy też wymysł (może nawet jak to często bywa poparty „badaniami”), stworzony na potrzeby przemysłu mięsno-rybno-nabiałowego. Bo nie to jest najważniejsze. Jeśli tak w istocie było – dziękuję moim przodkom za to co dla mnie zrobili. Serio. Mam mózg! Czuję za to olbrzymią wdzięczność, z całego serca. Nie czuję się jednak w obowiązku kontynuowania tego dietetycznego procederu żyjąc w XXI w. – nie tylko dlatego, że (właśnie!) MAM MÓZG, ale też nie odczuwam takiej potrzeby, mając pod ręką to, czym przodkowie nie dysponowali (internet, dostęp do danych) i  wiedząc to, czego być może oni nie wiedzieli: że można żywić się jedynie darami natury (nawet, o zgrozo! nieugotowanymi!) i być zdrowym człowiekiem do późnej starości.

Pani profesor stara się też jak może przekonać nas jakże to dobroczynna dla nas jest pasteryzacja. Bo przecież zabija bakterie. Bakterie! To jest coś, czego panicznie się boimy, choć kompletnie powodu ku temu nie mamy, będąc przez Matkę Naturę wyposażeni w idealnie zaprojektowany system immunologiczny. Daliśmy sobie spasteryzować przede wszystkim nasze umysły, w dalszej kolejności naszą żywność. I to jeśli chodzi o nabiał – przymusowo, odkąd jesteśmy członkami Unii Europejskiej i podlegamy pod członkowskie rozwiązania prawne.

Zdaniem pani profesor pasteryzacja tylko nieznacznie wpływa na wartość biologiczną mleka. Z dumą mówi, iż teraz mamy też najnowszy sposób obróbki mleka czyli mikrofiltrację (przez specjalną membranę, usuwającą te wstrętne bakterie), który nawet już jedna z mleczarni wdrożyła. Oczywiście potem mleko i tak się pasteryzuje. Czyli różnica jak pomiędzy papierosami z filtrem i bez filtra. Ale (i to już dopowiedzenie ode mnie, bo pani prof. w tym względzie jest wyjątkowo oszczędna w słowach, co zrozumiałe) przynajmniej nie pływa tam tyle trupów zabitych bakterii co w „normalnym” pasteryzowanym. Ze szkoły bowiem wiemy, że zabite bakterie umierając produkują przy rozpadzie co? Endotoksyny, brawo! Na tym polega przecież działanie niektórych szczepionek.

Małe przypomnienie co to są endotoksyny (za Wikipedią):

Endotoksynytoksyny występujące w błonie zewnętrznej bakterii Gram-ujemnych. Są to kompleksy lipopolisacharydowe uwalniane po rozpadzie (lizie) komórki. Są stosunkowo trwałe chemicznie i odporne na ogrzewanie w temp. 60 °C przez kilka godzin.

Na organizm człowieka działają toksycznie, są jednak mniej groźne od egzotoksyn. Wywołują:

Czyli jak mamy obniżenie fagocytozy to mamy co? Bingo! Obniżoną odporność.  A jak mamy podrażnienia skóry? Trądziki i wypryski. A zaburzenia metabolizmu cukrów, tłuszczów i białek to? To mamy poważniejszą już chorobę. Bo każde zaburzenie równowagi w organizmie żywym objawia się zjawiskiem określanym mianem „choroba”.

Wprowadzając codziennie endotoksyny z pasteryzowanego nabiału do swojego ciała powodujemy za każdym razem wzmożenie reakcji zapalnych w ustroju. To się nie może skończyć dobrze. Dopóki jest to możliwe dostajemy od Matki Natury dobre samopoczucie –  niestety na kredyt. Do toalety po nabiale nie lecimy, więc na pozór niby wszystko jest OK i tak posiłek po posiłku, rok za rokiem, całymi latami. Ale w rzeczywistości nic nie jest OK! My nic nie czujemy, gdy tymczasem reakcje zachodzą cały czas, takie żarełko zabija powoli, więc spokojnie: przyjdzie czas – poczujemy. Kredyt nie będzie trwał w nieskończoność, kredyty zawsze trzeba w końcu kiedyś spłacać. Gdy załamią się już wszystkie rezerwy i bariery obronne naszego organizmu, a stany zapalne staną się nie do zniesienia, wtedy poczujemy na pewno. To cena za spożywanie nowoczesnego pasteryzowanego nabiału: mleka, śmietany, deserków Monte, serków „wiejskich”, homogenizowanych i tym podobnych smakołyków, od których uginają się sklepowe półki.

Częstokroć nabiał przetworzony przemysłowo jest nie tylko pasteryzowany, ale również homogenizowany: cząsteczki tłuszczu rozbito za pomocą odpowiednich urządzeń mleczarskich na tak maleńkie drobinki, że jeśli masz przeciekające jelita (a większość ludzi ma, pisałam tutaj jak sprawdzić przeciekające jelita), to te mikrodrobinki przedostają się do krwiobiegu, zwiększając poziom zatoksycznienia ustroju i tworząc osad w naczyniach krwionośnych. Co na to Twoje ciało? Stwierdza, że ma obcego na pokładzie i zabiera się do roboty czyli dochodzi do reakcji obronnych systemu immunologicznego.

Ale pasteryzowany nabiał nie tylko zawierać może endotoksyny. On zmienia nieodwracalnie swoją strukturę molekularną. Wszyscy chodziliśmy do szkoły i wiemy na czym polega pasteryzacja. Jak ktoś nie pamięta można sprawdzić w internecie. Pasteryzacja mleka polega na ogrzaniu go do temperatury 100 °C w ciągu 1 minuty lub do 85 °C w ciągu 30 minut w zamkniętym urządzeniu nazywanym pasteryzatorem. Proponuję by pani profesor nauk mleczarskich nie rozumiejąca czym jest pasteryzacja („Nie do końca rozumiem krytykowanie procesu pasteryzacji mleka”), potrzymała swój (również zawierający białka) czcigodny profesorski palec w temperaturze 100 stopni przez jedną minutę lub w wersji hardcore posiedziała przez 3 minuty w pasteryzatorze w temp. 85 stopni. Z pewnością wykonując ten prosty eksperyment pani profesor zrozumie DO KOŃCA. Wtedy panią profesor oświeci jak działa pasteryzacja tzn. czy faktycznie nie dokonuje większego uszczerbku pozostawiając molekuły „prawie” nietknięte.

Wszystko co żywe i zbudowane z białek tak samo reaguje, więc czy to będzie mleko, truskawka czy nasz własny palec – zmieni właściwości fizykochemiczne i strukturę molekularną. Wszak palec spasteryzowany nie wygląda tak samo jak ten niepoddany pasteryzacji, ba – nawet truskawka wsadzona na minutę do wrzątku to już nie jest ta sama surowa truskawka, bo ani tak nie wygląda ani tak nie smakuje i tak samo spasteryzowane mleko NIE jest już tym samym mlekiem jak je Bozia stworzyła. Nasz organizm nie jest głupi i potrafi rozpoznać oryginał stworzony przez Bozię od zdegenerowanego wysoką temperaturą pociotka.

Nasz organizm jest tak naprawdę mądrzejszy niż wszyscy profesorowie tego świata razem wzięci. I tego się trzymajmy, całe życie 😉

Jako ciekawostkę dodam, że niedawno zaniosłam koleżance po raz pierwszy na spróbowanie butelkę prawdziwego mleka z mlekomatu (naturalne, surowe, nieprzetwarzane). Koleżanka miała też w lodówce butelkę  mleka pasteryzowanego, takiego ze sklepu z wymownym napisem (a jakże!) „mleko świeże”. Z ciekawości koleżanka powąchała przyniesione jej przeze mnie mleko z mlekomatu i zdziwiona stwierdziła, że jakoś tak ładnie i delikatnie pachnie, że ona nawet nie miała pojęcia, że mleko może mieć taki miły zapach! To z kolei mnie samą zaciekawiło, bo ja mleka sklepowego nie pijam od dawna, a nawet jak piłam to zapachu nie pomnę. Zaczęłyśmy wąchać i co się okazało: sklepowe mleko, które nie było jeszcze popsute lecz słodkie, obleśnie śmierdziało nie zgadniecie czym: starą, brudną oborą. Gnojowicą normalnie! Mleko z mlekomatu natomiast miało słodkawy, delikatny zapach, zapach mleka po prostu.

Więc czy sklepowe pasteryzowane mleko jest ZDROWE, skoro tak cuchnie gnojem? Mleczarze prostu MUSZĄ je pasteryzować, nie mają innego wyjścia, bo inaczej pół Polski by dostało s*aczki (jak nie gorzej!) gdyby nie pasteryzacja. A tak wilk syty i owca cała: mleko obleśnej jakości się elegancko spasteryzuje i za ciężką kasę się sprzeda ten cuchnący pseudomleczny biały płyn niczego nieświadomym konsumentom za 3 zł/butelka z napisem „mleko świeże”. 

Litr prawdziwego mleka (AUTENTYCZNIE ŚWIEŻEGO) z mlekomatu RÓWNIEŻ kosztuje te same 3 zł, a u rolnika jeszcze taniej, więc niech sobie mleczarnie w… buty wsadzą ten swój śmierdzący gnojowicą mlekopodobny syfiasty płyn. W stwierdzeniu „mleko to biała trucizna” lub „pij mleko będziesz kaleką” nie ma wcale przesady tak naprawdę. To co nam dostarcza przemysł mleczarski na rzecz którego pracuje prof. Cichosz woła bowiem o pomstę do nieba. I nawet nie o samo mleko tu chodzi. Spróbujcie na przykład znaleźć w sklepie śmietanę składającą się tylko ze śmietany (i ewentualnie kultury laktobakterii jeśli jest to kwaśna śmietana). Graniczy to doprawdy z cudem.

skąd się bierze mleko

Mleko  w naszej filiżance nie pochodzi ponadto „ze sklepu” tylko z krowiego cyca, po tym jak krowa urodziła dziecko. Jak każde mleko zawiera substancje uzależniające, kazomorfiny, o czym pisałam szerzej tutaj. Mechanizm ten zaprojektowany przez naturę jest potrzebny, ale jedynie w dzieciństwie. W życiu dorosłym już niekoniecznie. Nie jest to więc taka sobie niewinna substancja, a dorabianie ideologii zdrowotnej do krowiego mleka to  zwykłe nadużycie. Krowie mleko ogólnie nie jest za bardzo zdrowe, bo też i nie dla rodzaju ludzkiego Matka Natura je stworzyła, ma odmienny skład i strukturę białek (w szczególności tych najbardziej kontrowersyjnych, kazeinowych) niż mleko naszego własnego gatunku, nie jest też niezastąpione bo można je z powodzeniem zastąpić mlekiem roślinnym, np. mlekiem migdałowo-kokosowym.

Osoby nie mające problemu z uczuleniem i przede wszystkim mające zdrowe i szczelne jelita mogą owszem pozwolić sobie spożywać czasem mleko, najlepiej w postaci już naturalnie przerobionej przez (zwiększające fagocytozę!) laktobakterie jako jogurt, zsiadłe czy kefir, ale najlepiej czynić to jedynie w ilościach niewielkich jako dodatek smakowy, a nie jako podstawę wyżywienia człowieka i zawsze wybierać mleko w oryginalnej postaci jak je Bozia stworzyła, nie to przetworzone przemysłowo.

Natomiast jeśli masz jelita nieszczelne to dopóki ich nie uszczelnisz najlepiej w ogóle unikać wszelkich pokarmów odzwierzęcych, ponieważ każdy pojedynczy posiłek zawierający większą ilość tłuszczu pochodzenia zwierzęcego powoduje na długie godziny stan zapalny w ustroju. I tu nie chodzi tylko o białko. To nie samo mięso jako takie czy jego białka powodują ten stan, lecz tłuszcz odzwierzęcy, (np. potrafiła to uczynić bita śmietana, gdzie białka jest niewiele). Okazuje się bowiem, że gdy został on wprowadzony z pożywieniem do ustroju, naukowcy stwierdzili u ludzi po spożyciu tłustego posiłku opartego na produktach odzwierzęcych endotoksemię czyli olbrzymią ilość endotoksyn w ich krwiobiegu. Jak wiadomo endotoksyny pochodzą z bakterii. Ale skąd bakterie? To nasze własne bakterie. Z naszych nieszczelnych jelit.

Mówiła o tym na wykładzie już wcześniej dr Ewa Dąbrowska co powoduje rozszczelnienie jelit: głównie żywność przetworzona (rafinowane cukry i mąki), używki (kawa, alkohol), antybiotyki, środki antykoncepcyjne, leki sterydowe i niesterydowe, choroby alergiczne i autoimmunologiczne, silny stres i… jak się okazuje również tłuste jedzenie pochodzenia zwierzęcego. Przystępnie tłumaczy ten mechanizm w odniesieniu do tłustych pokarmów odzwierzęcych dr Michael Gregger na filmiku edukacyjnym (w jęz. angielskim, ale pod poniższym linkiem jest też transkrypt oraz źródła) znajdującym się na stronie:

http://nutritionfacts.org/video/the-leaky-gut-theory-of-why-animal-products-cause-inflammation/

Pierwszy eksperyment żywieniowy z udziałem tłustych pokarmów odzwierzęcych i alkoholu opisano już w biblijnej Księdze Daniela: młodzieńcy jedzący „królewskie potrawy” popijane winem byli po 10 dniach w dużo gorszej kondycji niż ci co pościli (jedli warzywa i pili wodę). W czasach nowożytnych zrobiono podobny eksperyment również na myszach: zdrowe myszy karmione słoniną doznały rozszczelnienia jelit. Filmik dra Greggera można obejrzeć poniżej:

 

 

Bez krowiego mleka jednym słowem nie tylko da się żyć, ale żyje się nawet zdrowiej. Mit o „zdrowej zupie mlecznej” odłóżmy zaś dla naszego dobra do lamusa! 😉