ikona

Każdy z nas wie choćby ze szkoły jak ważna dla zdrowia jest równowaga kwasowo-zasadowa. Uczyliśmy się o tym, że generalnie mięso, nabiał, słodycze i produkty zbożowe są kwasotwórcze, a warzywa i owoce zasadotwórcze. I że musimy jeść warzywa i owoce dla zdrowotności. Co z tą wiedzą potem robimy? Ano nic! Jednym uchem wleciało, drugim wyleciało. Zakuć, zdać, zapomnieć. Jemy i tak głównie to co nam smakuje, a nie to czego akurat nasz organizm potrzebuje od nas dostać.

W większości są to niestety produkty kwasotwórcze: zbożowe, mięsne, nabiałowe i na deser oczywiście nie może zabraknąć słodyczy i kawki, a czasem i drinka z czymś mocniejszym „dla zdrowotności”. Warzywa? Jak już to jedynie w roli skromnej przystawki do obiadu, ewentualnie listek sałaty dla dekoracji. Owoce? Najczęściej w postaci sklepowych pasteryzowanych soków albo gotowych produktów „o smaku” (na przykład truskawkowym): lody, syropy, napoje, nadziewane czekoladki, słodkie „owocowe” serki czy jogurciki… I tak latka mijają, a my czujemy się i wyglądamy coraz gorzej. Zmęczenie, brak energii, cellulit, ciemne kręgi pod oczami, nadwaga, rozdrażnienie, zmniejszenie jasności umysłu, wieczne niedospanie, bóle stawów, infekcje… To pewnie starość, tak musi być. Idziemy do lekarza, a ten mówi nam to samo: to wiek, to geny, taka nasza uroda, niektórzy tak mają, czasem tak po prostu się zdarza, cóż zrobić, trzeba nauczyć się z tym żyć. I tym podobne banialuki. A co tak naprawdę jest przyczyną?

Przyczyną jest to, że powoli, systematycznie, posiłek po posiłku dopuszczaliśmy się zbrodni na naszym posiadanym w jedynym egzemplarzu organizmie.  Żarliśmy  słodko, mięsnie, nabiałowo i kawowo (lub coca-colowo, albo jedno i drugie). Najczęściej też za dużo. I to wcale nie tego jedzenia, które dostarcza do naszego systemu potrzebnych mu do przemian biochemicznych składników.

zakwaszenie

Na polskich stołach króluje jedzenie przetworzone, jak nie przemysłowo to domowo. Mój nie był wyjątkiem. Chleb zwykły albo kajzerki, margaryna (bo masło podobno szkodzi), dżem, wędlina, ser albo jajka (człowiek potrzebuje dużo białka) – to na śniadanie. Plasterek ogórka czy pomidora na kanapce – żeby nie było. Bo warzywa muszą być.

Na obiad zupa na mięsie zabielana śmietaną, smażone mięso (bo mięso daje siłę): mielony czy inny schabowy (w piątek wyjątkowo ryba) z tradycyjnymi ziemniakami z wody (wszystko co najlepsze czyli skórka wylądowało w śmieciach, a reszta przeniknęła do odlanej do zlewu wody po gotowaniu) albo frytki. Czasem gulasz z (białym) makaronem. Albo smażone naleśniki z białej mąki z nadzieniem z twarogu lub jakieś pulpeciki z (białym) ryżem. Szczypta koperku na ziemniakach i porcyjka surówki na przystawkę, żeby nie było. Bo warzywa muszą być. Tak całkiem bez warzyw to niezdrowo. Po obiedzie chce się coś słodkiego. Więc deserek. No i kawa, bo jakaś taka senność ogarnia człowieka… Jak to mówią, jak Polak głodny to zły, a jak się naje to śpi. Więc żeby nie spać to kawka koniecznie, bo jakoś do wieczora trzeba dociągnąć i spać nie wypada. Tu nie Włochy czy Hiszpania, sjesta u nas nie jest zwyczajem narodowym. Kolacja – menu zbliżone do śniadaniowego, czasem coś na ciepło. I tak dzień za dniem, posiłek za posiłkiem, kawka za kawką.

Takie menu znajdziemy nie tylko w wielu polskich domach, ale też w szpitalach, restauracjach, placówkach opiekuńczych, na koloniach oraz w szkolnych i pracowniczych stołówkach. Po prostu wszędzie. Obraz nędzy i rozpaczy. Zakwaszająca plaga! Nie wiem jak w więzieniu, ale w szpitalu to już na pewno nawet i tego marniutkiego plasterka pomidorka lub listeczka sałaty Ci nie dodadzą. Bo w polskich szpitalach pomimo, iż wszyscy obywatele pracujący miast i wsi płacą przez całe życie bardzo wysokie i do tego przymusowe „składki” na tak zwane „ubezpieczenie zdrowotne” to pacjentów żywi się tak:

jedzenie codzienne w szpitalu(źródło: gazeta.pl, fotki nadesłane przez czytelników)

Więc jak nie chcesz tam trafić to lepiej zadbać o siebie zawczasu. Przy czym przez długie lata nic się szczególnego nie dzieje. Organizm jest bowiem zaprojektowany na utrzymanie nas za wszelką cenę przy życiu, nawet gdy robimy rzeczy głupie i szkodliwe. Ma on wbudowany przemyślany bardzo inteligentnie cały system buforujący nasze zakwaszające poczynania i wydalający nadmiar kwasów. Służą mu do tego zarówno bufory we krwi jak i drogi oddechowe (przez płuca wydalany jest zakwaszający dwutlenek węgla) czy przeznaczone do tego organy (nerki, skóra).

Generalnie cała nasza życiowa maszyneria to jedna wielka fabryka kwasów, nasz organizm non stop produkuje kwaśne metabolity. Z wiekiem więc powinniśmy coraz większą dbałość wykazywać o to co wkładamy do środka i jak żyjemy. Bo gdy wyrośniemy z lat młodzieńczych to oprócz ubogiego w składniki odżywcze jedzenia dochodzą nam jeszcze pozadietetyczne zakwaszacze jak stres, niedosypianie i nieruchawy tryb życia (czyli niedotlenienie).  Jeśli zaś z jakąś dolegliwością zgłosimy się do lekarza, to dostaniemy na nasze symptomy jakiś farmaceutyk, z których ani jeden alkalizujący nie jest. Wręcz przeciwnie – wszystkie leki zakwaszają dodatkowo. I tak pomalutku ani się nie obejrzeliśmy – jesteśmy w błędnym kole. Nie wiemy dlaczego ustrój odmawia posłuszeństwa, leki pomagają na krótko, nie wiemy też jak z tego wyleźć. A bardzo chcemy czuć się w końcu dobrze! Najczęściej do głowy nam nie przyjdzie, że zwyczajnie jesteśmy zakwaszeni.

Ale co to w sumie znaczy „być zakwaszonym”?

W naszym ciele Matka Natura wszystko drobiazgowo przemyślała. W jednym miejscu jesteśmy bardzo alkaliczni, a w innym bardzo kwaśni i tak musi być. To nie jest tak, że organizm jest w całości kwaśny albo w całości alkaliczny. Wszystko jest idealnie zaprojektowane aby sprzyjać życiu i to zdrowemu życiu. Przedziały zdrowe są bardzo wąskie. Ciało funkcjonuje prawidłowo jedynie w tych wąskich fizjologicznych przedziałach pH i nawet niewielkie odchylenia stanowią ryzyko dla zdrowia. Na przykład:

– skóra ma kwaśne (3,5-5,5) pH w celu ochrony przed bakteriami

– kobieca pochwa ma dzięki odpowiedniej florze bakteryjnej kwaśne pH (4,-0-4,7) w celu obrony przed infekcjami

– męskie nasienie na odwrót, ma zasadowe pH (7,8-8,2) w celu obrony przed kwasowością pochwy 😉

–  krew tętnicza ma zasadowe pH (7,35-7,45) ale krew żylna już mniej zasadowe z uwagi na mniejszą zawartość tlenu, a większą dwutlenku węgla (7,32-7,42)

sok żołądkowy ma pH 1-2,5 bardzo niskie. To pierwsza linia obrony przed mogącymi dostać się do środka drogą doustną bakteriami. To dzięki niemu małe dzieci mogą bezkarnie brać do ust upaćkaną brudem zabawkę, a nawet jeść ziemię.

wątroba ma neutralne pH 7, choć wydzielana przez nią żółć z kolei jest zasadowa (pH 7,4-8,8).  Jama ustna ma neutralne lub lekko zasadowe (dzięki ślinie) pH dzięki czemu nasze szkliwo na zębach jest chronione. To dlatego gdy bierzemy do ust coś kwaskowatego następuje natychmiastowy wyrzut alkalizującej śliny do jamy ustnej.

w jelitach panuje kwaśne pH (5-6,9 w zależności od miejsca) co zapobiega namnażaniu się szkodliwych patogenów, a umożliwia pracę dobrym bakteriom, które dla nas produkują różniste dobre rzeczy: witaminy z grupy B, witaminę K oraz hormon szczęścia, serotoninę.

 – mocz jest najczęściej poddany zmianom pH a jego kwasowość zależy w dużej mierze od naszej diety i stylu życia. Może wahać się od pH 4 (bardzo kwaśny) do pH 8-9 (bardzo zasadowy). Takie skrajne wartości nie są zdrowe. Fizjologiczne pH moczu  u zdrowo odżywiającego się człowieka powinno wynosić pomiędzy 6,5-7,5.

badanie pHWartości poniżej 6,5 mogą wskazywać na błędy w diecie (np. dieta wysokobiałkowa, za mało warzyw, za dużo słodyczy), przewlekłą chorobę degeneracyjną lub autoimmunologiczną. Natomiast wyższe pH niż to zdrowe może być np. oznaką katabolizmu spowodowanego traumą (urazem, operacją chirurgiczną) lub choroby nerek i wynika często z podwyższonej ilości silnie zasadowego amoniaku w  moczu. Taki mocz ma też specyficzny, nieprzyjemny zapach.

Na co jeszcze wskazuje pH moczu? Określa zasoby naszych pierwiastków zasadotwórczych, nasze buforujące zasoby alkalizujących i aktywujących enzymy minerałów np. magnezu, wapnia, potasu, cynku itd. Otóż jak wiemy ze szkoły do pierwiastków zasadotwórczych należą: magnez, potas, sód, wapń, tlen. A z mikroelementów np. żelazo, chrom, selen, cez, german, rubid, bor, cynk.

lekcja chemiiNatomiast pierwiastki kwasotwórcze to chlor, siarka, i mikroelementy takie jak np. fluor, brom, jod (czyli halogeny), miedź, fosfor, krzem. Dlatego np. cytryny czy zakwas buraczany choć  kwaśne w smaku to alkalizują ustrój: mają w składzie bardzo dużo pierwiastków zasadotwórczych. Mięso, ryby, nabiał, zboża, jajka mają z kolei mało w sobie pierwiastków zasadotwórczych, a więcej kwasotwórczych (np. siarki).

Cukier nie zawiera żadnych pierwiastków, ale do jego zmetabolizowania ustrój potrzebuje tych zasadotwórczych i pobierze je najpierw z miejsc, z których może to zrobić bez większej szkody dla funkcjonowania całości systemu (np. zęby, potem kości, potem mięśnie). To nie tak do końca prawda, że cukier niszczy zęby tylko poprzez kontakt z nim w jamie ustnej. On potrafi to zrobić doskonale również działając „od środka”. Taka gadzina podstępna. Jeśli mogę zasugerować co należy najpierw wyrzucić z diety aby być zdrowym, to bez wątpliwości na pierwszym miejscu postawię właśnie cukier. Na drugim białą mąkę, która robi dokładnie to samo – sama nie ma odpowiedniego ładunku minerałów, ale kradnie ją z naszych organów, aby zostać zmetabolizowana.

zębyJeśli nie spożywasz śmieci czyli nie wpuszczasz do środka złodziei, to Twoje ustrojowe zasoby alkalizujących pierwiastków są wystarczające, a ich nadmiar jest wydalany właśnie wraz z moczem, dzięki czemu pH moczu pozostaje w zdrowym przedziale 6,5-7,5. Jeśli natomiast cierpisz na deficyt tych zasadotwórczych pierwiastków, to pH moczu będzie bardziej kwasowe, a Twoje komórki stają się nieszczęśliwe – procesy biochemiczne mogą nie przebiegać prawidłowo, organizm wkłada coraz więcej wysiłku by utrzymać homeostazę, sygnalizując Ci jednocześnie rozmaitymi sposobami swoje coraz bardziej rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Dosyć łatwo jednak dostarczyć jonów tych potrzebnych zasadotwórczych pierwiastków po prostu zmieniając dietę na bardziej alkaliczną, pełną świeżych warzyw i owoców obfitujących w pierwiastki zasadotwórcze. Wystarczy kilka-kilkanaście dni wysokowarzywnej diety, aby pomiar zbliżył się do zdrowego przedziału, a zasoby alkalizujących pierwiastków w ustroju osiągnęły optymalny poziom. Dr Rusell Jaffe zaleca aby początkowo ustalić menu składające się w 80% z pokarmów alkalizujących i 20% pokarmów zakwaszających aby zoptymalizować swoje rezerwy alkaliczne, a minimum 60% alkalizujących aby ten stan potem utrzymać.

Niestety nie będziemy w stanie osiągnąć tego stosując tradycyjny sposób odżywiania się, ze zbożami, mięsem i nabiałem będącymi w przewadze na naszym talerzu. Proporcje należy dokładnie rzecz biorąc odwrócić: na przykład wielka micha kolorowej smakowitej sałatki z odrobiną sera feta czy też zamiennie malutką kromeczką pełnoziarnistego chleba jako dodatek. A nie kajzerka z wędliną lub żółtym serem i plasterkiem ogórka czy listeczkiem sałaty dla ozdoby. Rozumiemy się?

optymalny podział pokarmów

Ktoś pytał mnie w listach czy nie wystarczy w celu odkwaszenia łykać specjalne zasadowe proszki albo nawet pić sodę. Nie polecam regularnego picia roztworu sody oczyszczonej w celu zalkalizowania ustroju: w ten sposób czynimy szkodę dla naszego kwasu żołądkowego neutralizując go, a jego kwaśne pH jest nam niezbędne dla zdrowia. Ponadto dostarczymy sobie z minerałów zasadotwórczych jedynie jednego czyli sodu, a mamy sobie  dostarczyć całe ich bogactwo jakim nas Matka Natura obdarzyła. Nawet proszki zasadowe są w porównaniu z warzywami kiepskim źródłem tych minerałów, a ich skład czasem woła o pomstę do nieba (np. dodane syntetyczne słodziki, rozmaite wypełniacze i inne śmieci).

Zatem nie ma wyjścia jak polubić dary Matki Natury czyli warzywa i owoce oraz umiarkowany ruch na świeżym powietrzu aby się porządnie i trwale odkwasić odzyskując na stałe zdrowie i witalność. To najtańsze wyjście i najskuteczniejsze. Tu nie ma dróg na skróty. Alternatywnie zawsze można wybrać wyjście dużo droższe i dużo mniej skuteczne, czyli polubić wizyty lekarskie, łykanie farmaceutyków przejściowo likwidujących symptomy kosztem skutków ubocznych, kolejne pobyty w szpitalach i podłe, coraz podlejsze samopoczucie przez resztę Twojego życia. Pamiętaj, że zawsze masz wybór.

Jak mierzyć pH moczu?

Można zrobić to w laboratorium (a od czasu do czasu nawet trzeba, bo tylko tam zbadają nam oprócz pH również inne ważne parametry, a nie tylko samo pH). Badanie laboratoryjne jest dokładniejsze i domowym sposobem nie uda nam się takiego profesjonalnego badania całkowicie zastąpić. Podobnie jak do badania pH krwi służy gazometria i nie będziemy w stanie wykonać jej domowym sposobem. Nic nie zastąpi też mikroskopowego badania żywej kropli krwi, które pokaże nam stan metaboliczny naszego ustroju i zachwiania homeostazy. Pewnych rzeczy po prostu nie zrobimy w domu.

Orientacyjnie jednak można (tanio, szybko i wygodnie) badać samodzielnie pH moczu w domowym zaciszu, aby mieć swój stan zakwaszenia (a co za tym idzie rezerw alkalicznych pierwiastków) na bieżąco pod kontrolą. Najłatwiej użyć do tego pasków wskaźnikowych czyli lakmusowych. Występują one w sprzedaży w różnych przedziałach i mają różną dokładność. Dla naszych celów dobre będą paski w przedziale 5,5-7 (dla początkujących) albo 6,4-8 (dla już wstępnie odkwaszonych) z dokładnością co 0,2-0,3 stopnia. Tak zwane paski uniwersalne (skala 0-14 z dokładnością 1 stopnia) nie bardzo się nadają, ponieważ odczyt nie będzie wystarczająco dokładny.

Należy trzymać się następujących reguł:

1. Pomiar musi nastąpić tuż po przebudzeniu (zanim jeszcze cokolwiek wypijesz czy zjesz), po minimum sześciogodzinnym wypoczynku.

2. Podstawiamy papierek na 1-2 sekundy pod środkowy strumień moczu (czyli nie na samym początku czy na samym końcu). Ewentualnie można nabrać środkowy mocz do kubeczka czy pojemniczka i zanurzyć w nim papierek wskaźnikowy, a następnie dokonać odczytu. Jak kto woli.

3. Papierek w miejscu zetknięcia z palcami będzie miał kwasowy odczyn. Pamiętaj więc aby nie dotykać palcami tej akurat końcówki papierka, którą będziesz potem dokonywać pomiaru, ponieważ może to zafałszować wyniki (skóra ma kwasowe pH).

4. Nie trzeba czekać aż papierek wyschnie. Odczyt robić można po ok. 2 minutach, nawet gdy papierek jest jeszcze mokry, porównując ze skalą kolorów widniejącą na opakowaniu.

5. Jednorazowy czy wykonywany nieregularnie pomiar nic nam nie powie, a nawet wprowadzi w błąd. Najlepiej prowadzić co najmniej przez tydzień (a najlepiej dwa) dziennik zdrowia, zapisując wyniki porannych pomiarów wraz z dodatkowymi zapisami dotyczącymi menu, stresu, ruchu itd. i wyliczyć tygodniową średnią. Już po tygodniu alkalizującej diety zauważyć można poprawę samopoczucia. A to mobilizuje do nieustawania w dalszych staraniach na nowej, alkalicznej drodze życia 🙂

A co jeśli nie ma się dostępu do pasków lakmusowych?

Pozostaje nam szkolna metoda jaką może co poniektórzy pamiętają z lekcji chemii: metoda kapuściana. Nie będzie ani tak wygodna ani tak dokładna jak użycie paska wskaźnikowego, jednak da nam jakąś orientację. A to już coś 😉

badanie ph moczu czerwoną kapustąPotrzebna nam będzie czerwona kapusta, pół niewielkiej główki. Musimy ją posiekać aby następnie wyciągnąć z niej barwnik. Pokrojoną kapustę wrzucamy więc do blendera, dodajemy nieco wody i miksujemy albo też wrzucamy do garnka z bardzo małą ilością wody i jakiś czas gotujemy, aż wypuści barwnik. Zabarwiony intensywnie od czerwonej kapusty odcedzony płyn można albo użyć od razu jako płynu wskaźnikowego np. wlewamy go do toalety i robimy siusiu, a on zmienia kolor na niebieski czy nawet błękitny jeśli jesteśmy zdrowi – szczególną frajdę mają z tego eksperymentu dzieci.

Można też zrobić z niego papierki wskaźnikowe: kartki papieru (zwykły A4 taki do  drukarki) zanurzamy w płynie z kapusty, trzymamy dosłownie momencik aż złapią barwnik, po czym delikatnie wyjmujemy je szczypcami kuchennymi (np. takimi do sałatek) by nie ubrudzić sobie palców i klamerkami przypinamy do sznurka na bieliznę by je wysuszyć, a gdy już są suche tniemy na paski.

Można też takich wysuszonych kartek użyć do zabawy z dziećmi: robimy miseczki np. z octem, sokiem z cytryny, mydłem w płynie, roztworem sody itd. a następnie patyczkami higienicznymi lub pędzelkiem malujemy na papierze wzory w różnych kolorach.

kapuściana sztukaJak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki papier pod wpływem kontaktu z cieczami o różnym pH będzie zmieniał kolor na różowy, fioletowy, niebieski lub zielonkawo-żółtawy.
Samodzielna kontrola pH moczu tak jak wspomniałam nie jest tak dokładna jak ta wykonana w laboratorium, jednak dzięki niej mamy przynajmniej orientacyjne pojęcie o stanie naszego systemu i jesteśmy w stanie odpowiednio na czas z wyprzedzeniem reagować. Niestety w aptekach ani nawet w sklepach zdrowotnych „takich rzeczy” nie sprzedają w tym kraju (a szkoda, bo w innych krajach można je nabyć bez przeszkód). Pozostaje zakup przez internet.

Paski wskaźnikowe pH są dostępne w sklepiku Akademii, ponieważ wiele osób się o nie pytało: jakich ja używam, gdzie je kupić, jakie przedziały są dobre itd. Koszt książeczki zawierającej 120 szt. wskaźników to 39 zł. Papierki dra Jacobsa ze skalą 5,4-7,4 i z dokładnością pomiaru co 0,1 stopnia są miarodajne w domowych warunkach, do tego dołączona jest też wygodna drukowana skala do nanoszenia wyników oraz dokładna instrukcja obsługi z cennymi poradami dra Jacobsa: http://www.sklep.akademiawitalnosci.pl/produkt/papierki-wskaznikowe-do-badania-ph-moczu-120-sztuk.