Jak sprawdzić zakwaszenie organizmu?

Każdy z nas wie choćby ze szkoły jak ważna dla zdrowia jest równowaga kwasowo-zasadowa. Uczyliśmy się o tym, że generalnie mięso, nabiał, słodycze i produkty zbożowe są kwasotwórcze, a warzywa i owoce zasadotwórcze. I że musimy jeść warzywa i owoce dla zdrowotności. Co z tą wiedzą potem robimy? Ano nic! Jednym uchem wleciało, drugim wyleciało. Zakuć, zdać, zapomnieć. Jemy i tak głównie to co nam smakuje, a nie to czego akurat nasz organizm potrzebuje od nas dostać.

W większości są to niestety produkty kwasotwórcze: zbożowe, mięsne, nabiałowe i na deser oczywiście nie może zabraknąć słodyczy i kawki, a czasem i drinka z czymś mocniejszym „dla zdrowotności”. Warzywa? Jak już to jedynie w roli skromnej przystawki do obiadu, ewentualnie listek sałaty dla dekoracji. Owoce? Najczęściej w postaci sklepowych pasteryzowanych soków albo gotowych produktów „o smaku” (na przykład truskawkowym): lody, syropy, napoje, nadziewane czekoladki, słodkie „owocowe” serki czy jogurciki… I tak latka mijają, a my czujemy się i wyglądamy coraz gorzej. Zmęczenie, brak energii, cellulit, ciemne kręgi pod oczami, nadwaga, rozdrażnienie, zmniejszenie jasności umysłu, wieczne niedospanie, bóle stawów, infekcje… To pewnie starość, tak musi być. Idziemy do lekarza, a ten mówi nam to samo: to wiek, to geny, taka nasza uroda, niektórzy tak mają, czasem tak po prostu się zdarza, cóż zrobić, trzeba nauczyć się z tym żyć. I tym podobne banialuki. A co tak naprawdę jest przyczyną?

Przyczyną jest to, że powoli, systematycznie, posiłek po posiłku dopuszczaliśmy się zbrodni na naszym posiadanym w jedynym egzemplarzu organizmie.  Żarliśmy  słodko, mięsnie, nabiałowo i kawowo (lub coca-colowo, albo jedno i drugie). Najczęściej też za dużo. I to wcale nie tego jedzenia, które dostarcza do naszego systemu potrzebnych mu do przemian biochemicznych składników.

zakwaszenie

Na polskich stołach króluje jedzenie przetworzone, jak nie przemysłowo to domowo. Mój nie był wyjątkiem. Chleb zwykły albo kajzerki, margaryna (bo masło podobno szkodzi), dżem, wędlina, ser albo jajka (człowiek potrzebuje dużo białka) – to na śniadanie. Plasterek ogórka czy pomidora na kanapce – żeby nie było. Bo warzywa muszą być.

Na obiad zupa na mięsie zabielana śmietaną, smażone mięso (bo mięso daje siłę): mielony czy inny schabowy (w piątek wyjątkowo ryba) z tradycyjnymi ziemniakami z wody (wszystko co najlepsze czyli skórka wylądowało w śmieciach, a reszta przeniknęła do odlanej do zlewu wody po gotowaniu) albo frytki. Czasem gulasz z (białym) makaronem. Albo smażone naleśniki z białej mąki z nadzieniem z twarogu lub jakieś pulpeciki z (białym) ryżem. Szczypta koperku na ziemniakach i porcyjka surówki na przystawkę, żeby nie było. Bo warzywa muszą być. Tak całkiem bez warzyw to niezdrowo. Po obiedzie chce się coś słodkiego. Więc deserek. No i kawa, bo jakaś taka senność ogarnia człowieka… Jak to mówią, jak Polak głodny to zły, a jak się naje to śpi. Więc żeby nie spać to kawka koniecznie, bo jakoś do wieczora trzeba dociągnąć i spać nie wypada. Tu nie Włochy czy Hiszpania, sjesta u nas nie jest zwyczajem narodowym. Kolacja – menu zbliżone do śniadaniowego, czasem coś na ciepło. I tak dzień za dniem, posiłek za posiłkiem, kawka za kawką.

Takie menu znajdziemy nie tylko w wielu polskich domach, ale też w szpitalach, restauracjach, placówkach opiekuńczych, na koloniach oraz w szkolnych i pracowniczych stołówkach. Po prostu wszędzie. Obraz nędzy i rozpaczy. Zakwaszająca plaga! Nie wiem jak w więzieniu, ale w szpitalu to już na pewno nawet i tego marniutkiego plasterka pomidorka lub listeczka sałaty Ci nie dodadzą. Bo w polskich szpitalach pomimo, iż wszyscy obywatele pracujący miast i wsi płacą przez całe życie bardzo wysokie i do tego przymusowe „składki” na tak zwane „ubezpieczenie zdrowotne” to pacjentów żywi się tak:

jedzenie codzienne w szpitalu(źródło: gazeta.pl, fotki nadesłane przez czytelników)

Więc jak nie chcesz tam trafić to lepiej zadbać o siebie zawczasu. Przy czym przez długie lata nic się szczególnego nie dzieje. Organizm jest bowiem zaprojektowany na utrzymanie nas za wszelką cenę przy życiu, nawet gdy robimy rzeczy głupie i szkodliwe. Ma on wbudowany przemyślany bardzo inteligentnie cały system buforujący nasze zakwaszające poczynania i wydalający nadmiar kwasów. Służą mu do tego zarówno bufory we krwi jak i drogi oddechowe (przez płuca wydalany jest zakwaszający dwutlenek węgla) czy przeznaczone do tego organy (nerki, skóra).

Generalnie cała nasza życiowa maszyneria to jedna wielka fabryka kwasów, nasz organizm non stop produkuje kwaśne metabolity. Z wiekiem więc powinniśmy coraz większą dbałość wykazywać o to co wkładamy do środka i jak żyjemy. Bo gdy wyrośniemy z lat młodzieńczych to oprócz ubogiego w składniki odżywcze jedzenia dochodzą nam jeszcze pozadietetyczne zakwaszacze jak stres, niedosypianie i nieruchawy tryb życia (czyli niedotlenienie).  Jeśli zaś z jakąś dolegliwością zgłosimy się do lekarza, to dostaniemy na nasze symptomy jakiś farmaceutyk, z których ani jeden alkalizujący nie jest. Wręcz przeciwnie – wszystkie leki zakwaszają dodatkowo. I tak pomalutku ani się nie obejrzeliśmy – jesteśmy w błędnym kole. Nie wiemy dlaczego ustrój odmawia posłuszeństwa, leki pomagają na krótko, nie wiemy też jak z tego wyleźć. A bardzo chcemy czuć się w końcu dobrze! Najczęściej do głowy nam nie przyjdzie, że zwyczajnie jesteśmy zakwaszeni.

Ale co to w sumie znaczy „być zakwaszonym”?

W naszym ciele Matka Natura wszystko drobiazgowo przemyślała. W jednym miejscu jesteśmy bardzo alkaliczni, a w innym bardzo kwaśni i tak musi być. To nie jest tak, że organizm jest w całości kwaśny albo w całości alkaliczny. Wszystko jest idealnie zaprojektowane aby sprzyjać życiu i to zdrowemu życiu. Przedziały zdrowe są bardzo wąskie. Ciało funkcjonuje prawidłowo jedynie w tych wąskich fizjologicznych przedziałach pH i nawet niewielkie odchylenia stanowią ryzyko dla zdrowia. Na przykład:

- skóra ma kwaśne (3,5-5,5) pH w celu ochrony przed bakteriami

- kobieca pochwa ma dzięki odpowiedniej florze bakteryjnej kwaśne pH (4,-0-4,7) w celu obrony przed infekcjami

- męskie nasienie na odwrót, ma zasadowe pH (7,8-8,2) w celu obrony przed kwasowością pochwy ;)

krew tętnicza ma zasadowe pH (7,35-7,45) ale krew żylna już mniej zasadowe z uwagi na mniejszą zawartość tlenu, a większą dwutlenku węgla (7,32-7,42)

- sok żołądkowy ma pH 1-2,5 bardzo niskie. To pierwsza linia obrony przed mogącymi dostać się do środka drogą doustną bakteriami. To dzięki niemu małe dzieci mogą bezkarnie brać do ust upaćkaną brudem zabawkę, a nawet jeść ziemię.

- wątroba ma neutralne pH 7, choć wydzielana przez nią żółć z kolei jest zasadowa (pH 7,4-8,8).  Jama ustna ma neutralne lub lekko zasadowe (dzięki ślinie) pH dzięki czemu nasze szkliwo na zębach jest chronione. To dlatego gdy bierzemy do ust coś kwaskowatego następuje natychmiastowy wyrzut alkalizującej śliny do jamy ustnej.

- w jelitach panuje kwaśne pH (5-6,9 w zależności od miejsca) co zapobiega namnażaniu się szkodliwych patogenów, a umożliwia pracę dobrym bakteriom, które dla nas produkują różniste dobre rzeczy: witaminy z grupy B, witaminę K oraz hormon szczęścia, serotoninę.

 - mocz jest najczęściej poddany zmianom pH a jego kwasowość zależy w dużej mierze od naszej diety i stylu życia. Może wahać się od pH 4 (bardzo kwaśny) do pH 8-9 (bardzo zasadowy). Takie skrajne wartości nie są zdrowe. Fizjologiczne pH moczu  u zdrowo odżywiającego się człowieka powinno wynosić pomiędzy 6,5-7,5.

badanie pHWartości poniżej 6,5 mogą wskazywać na błędy w diecie (np. dieta wysokobiałkowa, za mało warzyw, za dużo słodyczy), przewlekłą chorobę degeneracyjną lub autoimmunologiczną. Natomiast wyższe pH niż to zdrowe może być np. oznaką katabolizmu spowodowanego traumą (urazem, operacją chirurgiczną) lub choroby nerek i wynika często z podwyższonej ilości silnie zasadowego amoniaku w  moczu. Taki mocz ma też specyficzny, nieprzyjemny zapach.

Na co jeszcze wskazuje pH moczu? Określa zasoby naszych pierwiastków zasadotwórczych, nasze buforujące zasoby alkalizujących i aktywujących enzymy minerałów np. magnezu, wapnia, potasu, cynku itd. Otóż jak wiemy ze szkoły do pierwiastków zasadotwórczych należą: magnez, potas, sód, wapń, tlen. A z mikroelementów np. żelazo, chrom, selen, cez, german, rubid, bor, cynk.

lekcja chemiiNatomiast pierwiastki kwasotwórcze to chlor, siarka, i mikroelementy takie jak np. fluor, brom, jod (czyli halogeny), miedź, fosfor, krzem. Dlatego np. cytryny czy zakwas buraczany choć  kwaśne w smaku to alkalizują ustrój: mają w składzie bardzo dużo pierwiastków zasadotwórczych. Mięso, ryby, nabiał, zboża, jajka mają z kolei mało w sobie pierwiastków zasadotwórczych, a więcej kwasotwórczych (np. siarki).

Cukier nie zawiera żadnych pierwiastków, ale do jego zmetabolizowania ustrój potrzebuje tych zasadotwórczych i pobierze je najpierw z miejsc, z których może to zrobić bez większej szkody dla funkcjonowania całości systemu (np. zęby, potem kości, potem mięśnie). To nie tak do końca prawda, że cukier niszczy zęby tylko poprzez kontakt z nim w jamie ustnej. On potrafi to zrobić doskonale również działając „od środka”. Taka gadzina podstępna. Jeśli mogę zasugerować co należy najpierw wyrzucić z diety aby być zdrowym, to bez wątpliwości na pierwszym miejscu postawię właśnie cukier. Na drugim białą mąkę, która robi dokładnie to samo – sama nie ma odpowiedniego ładunku minerałów, ale kradnie ją z naszych organów, aby zostać zmetabolizowana.

zębyJeśli nie spożywasz śmieci czyli nie wpuszczasz do środka złodziei, to Twoje ustrojowe zasoby alkalizujących pierwiastków są wystarczające, a ich nadmiar jest wydalany właśnie wraz z moczem, dzięki czemu pH moczu pozostaje w zdrowym przedziale 6,5-7,5. Jeśli natomiast cierpisz na deficyt tych zasadotwórczych pierwiastków, to pH moczu będzie bardziej kwasowe, a Twoje komórki stają się nieszczęśliwe – procesy biochemiczne mogą nie przebiegać prawidłowo, organizm wkłada coraz więcej wysiłku by utrzymać homeostazę, sygnalizując Ci jednocześnie rozmaitymi sposobami swoje coraz bardziej rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Dosyć łatwo jednak dostarczyć jonów tych potrzebnych zasadotwórczych pierwiastków po prostu zmieniając dietę na bardziej alkaliczną, pełną świeżych warzyw i owoców obfitujących w pierwiastki zasadotwórcze. Wystarczy kilka-kilkanaście dni wysokowarzywnej diety, aby pomiar zbliżył się do zdrowego przedziału, a zasoby alkalizujących pierwiastków w ustroju osiągnęły optymalny poziom. Dr Rusell Jaffe zaleca aby początkowo ustalić menu składające się w 80% z pokarmów alkalizujących i 20% pokarmów zakwaszających aby zoptymalizować swoje rezerwy alkaliczne, a minimum 60% alkalizujących aby ten stan potem utrzymać.

Niestety nie będziemy w stanie osiągnąć tego stosując tradycyjny sposób odżywiania się, ze zbożami, mięsem i nabiałem będącymi w przewadze na naszym talerzu. Proporcje należy dokładnie rzecz biorąc odwrócić: na przykład wielka micha kolorowej smakowitej sałatki z odrobiną sera feta czy też zamiennie malutką kromeczką pełnoziarnistego chleba jako dodatek. A nie kajzerka z wędliną lub żółtym serem i plasterkiem ogórka czy listeczkiem sałaty dla ozdoby. Rozumiemy się?

optymalny podział pokarmów

Ktoś pytał mnie w listach czy nie wystarczy w celu odkwaszenia łykać specjalne zasadowe proszki albo nawet pić sodę. Nie polecam regularnego picia roztworu sody oczyszczonej w celu zalkalizowania ustroju: w ten sposób czynimy szkodę dla naszego kwasu żołądkowego neutralizując go, a jego kwaśne pH jest nam niezbędne dla zdrowia. Ponadto dostarczymy sobie z minerałów zasadotwórczych jedynie jednego czyli sodu, a mamy sobie  dostarczyć całe ich bogactwo jakim nas Matka Natura obdarzyła. Nawet proszki zasadowe są w porównaniu z warzywami kiepskim źródłem tych minerałów, a ich skład czasem woła o pomstę do nieba (np. dodane syntetyczne słodziki, rozmaite wypełniacze i inne śmieci).

Zatem nie ma wyjścia jak polubić dary Matki Natury czyli warzywa i owoce oraz umiarkowany ruch na świeżym powietrzu aby się porządnie i trwale odkwasić odzyskując na stałe zdrowie i witalność. To najtańsze wyjście i najskuteczniejsze. Tu nie ma dróg na skróty. Alternatywnie zawsze można wybrać wyjście dużo droższe i dużo mniej skuteczne, czyli polubić wizyty lekarskie, łykanie farmaceutyków przejściowo likwidujących symptomy kosztem skutków ubocznych, kolejne pobyty w szpitalach i podłe, coraz podlejsze samopoczucie przez resztę Twojego życia. Pamiętaj, że zawsze masz wybór.

Jak mierzyć pH moczu?

Można zrobić to w laboratorium (a od czasu do czasu nawet trzeba, bo tylko tam zbadają nam oprócz pH również inne ważne parametry, a nie tylko samo pH). Badanie laboratoryjne jest dokładniejsze i domowym sposobem nie uda nam się takiego profesjonalnego badania całkowicie zastąpić. Podobnie jak do badania pH krwi służy gazometria i nie będziemy w stanie wykonać jej domowym sposobem. Nic nie zastąpi też mikroskopowego badania żywej kropli krwi, które pokaże nam stan metaboliczny naszego ustroju i zachwiania homeostazy. Pewnych rzeczy po prostu nie zrobimy w domu.

Orientacyjnie jednak można (tanio, szybko i wygodnie) badać samodzielnie pH moczu w domowym zaciszu, aby mieć swój stan zakwaszenia (a co za tym idzie rezerw alkalicznych pierwiastków) na bieżąco pod kontrolą. Najłatwiej użyć do tego pasków wskaźnikowych czyli lakmusowych. Występują one w sprzedaży w różnych przedziałach i mają różną dokładność. Dla naszych celów dobre będą paski w przedziale 5,5-7 (dla początkujących) albo 6,4-8 (dla już wstępnie odkwaszonych) z dokładnością co 0,2-0,3 stopnia. Tak zwane paski uniwersalne (skala 0-14 z dokładnością 1 stopnia) nie bardzo się nadają, ponieważ odczyt nie będzie wystarczająco dokładny.

Należy trzymać się następujących reguł:

1. Pomiar musi nastąpić tuż po przebudzeniu (zanim jeszcze cokolwiek wypijesz czy zjesz), po minimum sześciogodzinnym wypoczynku.

2. Podstawiamy papierek na 1-2 sekundy pod środkowy strumień moczu (czyli nie na samym początku czy na samym końcu). Ewentualnie można nabrać środkowy mocz do kubeczka czy pojemniczka i zanurzyć w nim papierek wskaźnikowy, a następnie dokonać odczytu. Jak kto woli.

3. Papierek w miejscu zetknięcia z palcami będzie miał kwasowy odczyn. Pamiętaj więc aby nie dotykać palcami tej akurat końcówki papierka, którą będziesz potem dokonywać pomiaru, ponieważ może to zafałszować wyniki (skóra ma kwasowe pH).

4. Nie trzeba czekać aż papierek wyschnie. Odczyt robimy gdy papierek jest jeszcze mokry, porównując ze skalą kolorów widniejącą na opakowaniu.

5. Jednorazowy czy wykonywany nieregularnie pomiar nic nam nie powie, a nawet wprowadzi w błąd. Najlepiej prowadzić co najmniej przez tydzień dziennik zdrowia, zapisując wyniki porannych pomiarów wraz z dodatkowymi zapisami dotyczącymi menu, stresu, ruchu itd. i wyliczyć tygodniową średnią. Już po tygodniu alkalizującej diety zauważyć można poprawę samopoczucia. A to mobilizuje do nieustawania w dalszych staraniach na nowej, alkalicznej drodze życia :)

A co jeśli nie ma się dostępu do pasków lakmusowych?

Pozostaje nam szkolna metoda jaką może co poniektórzy pamiętają z lekcji chemii: metoda kapuściana. Nie będzie ani tak wygodna ani tak dokładna jak użycie paska wskaźnikowego, jednak da nam jakąś orientację. A to już coś ;)

badanie ph moczu czerwoną kapustąPotrzebna nam będzie czerwona kapusta, pół niewielkiej główki. Musimy ją posiekać aby następnie wyciągnąć z niej barwnik. Pokrojoną kapustę wrzucamy więc do blendera, dodajemy nieco wody i miksujemy albo też wrzucamy do garnka z bardzo małą ilością wody i jakiś czas gotujemy, aż wypuści barwnik. Zabarwiony intensywnie od czerwonej kapusty odcedzony płyn można albo użyć od razu jako płynu wskaźnikowego np. wlewamy go do toalety i robimy siusiu, a on zmienia kolor na niebieski czy nawet błękitny jeśli jesteśmy zdrowi – szczególną frajdę mają z tego eksperymentu dzieci.

Można też zrobić z niego papierki wskaźnikowe: kartki papieru (zwykły A4 taki do  drukarki) zanurzamy w płynie z kapusty, trzymamy dosłownie momencik aż złapią barwnik, po czym delikatnie wyjmujemy je szczypcami kuchennymi (np. takimi do sałatek) by nie ubrudzić sobie palców i klamerkami przypinamy do sznurka na bieliznę by je wysuszyć, a gdy już są suche tniemy na paski.

Można też takich wysuszonych kartek użyć do zabawy z dziećmi: robimy miseczki np. z octem, sokiem z cytryny, mydłem w płynie, roztworem sody itd. a następnie patyczkami higienicznymi lub pędzelkiem malujemy na papierze wzory w różnych kolorach.

kapuściana sztukaJak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki papier pod wpływem kontaktu z cieczami o różnym pH będzie zmieniał kolor na różowy, fioletowy, niebieski lub zielonkawo-żółtawy.
Samodzielna kontrola pH moczu tak jak wspomniałam nie jest tak dokładna jak ta wykonana w laboratorium, jednak dzięki niej mamy przynajmniej orientacyjne pojęcie o stanie naszego systemu i jesteśmy w stanie odpowiednio na czas z wyprzedzeniem reagować. Niestety w aptekach ani nawet w sklepach zdrowotnych „takich rzeczy” nie sprzedają w tym kraju (a szkoda, bo w innych krajach można je nabyć bez przeszkód). Pozostaje zakup przez internet.

Wkrótce paski wskaźnikowe pH będą dostępne w sklepiku Akademii, ponieważ wiele osób się o nie pytało: jakich ja używam, gdzie je kupić, jakie przedziały są dobre itd. Koszt książeczki zawierającej 100 szt. wskaźników powinien nie przekroczyć 20 zł. Dostępne będą dwa przedziały: 5,4-7 oraz 6,4-8 z dokładnością pomiaru co 0,2-0,3 stopnia.

46 komentarzy na temat “Jak sprawdzić zakwaszenie organizmu?

  1. Concorde pisze:

    Kiedy mój śp. dziadek był w szpitalu na śniadanie dawali kromkę chleba z jakimś serkiem topionym. Skład tego serka miał chyba pół kilometra długości, jakby zapisać w jednej linijce. :P

  2. Iza pisze:

    Dziękuję Ci, Marleno. Jesteś bardzo mądra.
    Hm, nie jest łatwo wprowadzać zmiany w diecie i życiu w ogóle, skoro przez wiele lat nawykło się do czegoś, ale będę się starać. Dla siebie.

  3. Anna pisze:

    „Cukier nie zawiera żadnych pierwiastków” – trochę się uśmiałam :DDDD Ale rozumiem,ze to był skrot myślowy :DDDDDDDDD

  4. V. pisze:

    Strasznie ciężko jest zmienić całe swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, nawet wiedząc jak zgubny mają na nas wpływ. Od pewnego czasu czuję się uzależniona od jedzenia i jest to fatalnie uczucie. Próbowałam dwukrotnie rozpocząć post Daniela, za pierwszym razem wytrzymałam prawie trzy dni, ale byłam strasznie osłabiona i nasilił się we mnie smutek (pojawił się min. płacz, trudny do ukojenia). Ktoś też przez to przechodził? Powinno z czasem minąć? Kiedy pojawia się poprawa samopoczucia i zwiększenie energii? Dopiero gdy post się zakończy? Może ktoś ma jakieś pokrzepiające słowo, dla osoby która całym sercem pragnie poprawy zdrowia, a jednocześnie czuje jak głęboko siedzi w życiu w którym nie było tych informacji i wciąż nieustannie powtarza schemat?

    Pani Marleno, dziękuję za kolejny wartościowy artykuł. Te słowa i rzeczowe informacje tu zawarte zawsze rozbudzają we mnie chęć do zmian.

    • Beata pisze:

      Droga V,
      post Daniela przechodzę obecnie drugi raz. Pierwszy był latem (4 tyg.), drugi zaczęłam teraz niecałe dwa tygodnie temu. Co mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – najgorsze dla mnie jest pierwsze 4-5 dni. Wtedy czuję osłabienie, ból głowy, rozbicie… ale 6-7 dzień w obu moich postach był przełomowy, wtedy zaczynam się lepiej czuć, przybywa energii i radości :) Czuję się jakbym od zawsze jadła tylko warzywka :) Wiem, że ludzie różnie post przechodzą i nie każdy ma tak jak ja. Dużo zależy od pozytywnego nastawienia, bo jeśli zaczynamy jeść warzywa, a po głowie chodzi nam gdzieś kotlet i czujemy się źle że nie możemy go zjeść, to jest ciężko ;)
      Ja wierzę, że każdy jeśli tylko ma odpowiednią motywację może taki post przejść, Ty również. Ogólnie post Daniela latem jest łatwiejszy, bo jest większy wybór warzyw, ale teraz zimą doceniam prostotę gotowania – jakiś bigos, barszcz ukraiński (bez strączkowych), czy zupy krem, a do pochrupania w międzyczasie jakaś marchewka, jabłko, czy kiszona kapusta. No i powtórzę to jeszcze raz – bardzo ważne jest pozytywne myślenie, bo jeśli jemy warzywka z myślą, że robimy coś dobrego dla swojego organizmu to wtedy wszystko jest spójne i łatwe :)
      Jeszcze jedna myśl przyszła mi do głowy. Nie wiem jaki jest Twój obecnie sposób odżywiania – czy jesz już zdrowo: bez białej mąki, cukru, przetworzonej żywności? Bo jeśli nie, to może stąd wynikać te nagłe rozdrażnienie u Ciebie… może warto najpierw przestawić się na zdrowe odżywianie – dużo warzyw, owoce, kasze, brązowy ryż, soczewice, strączkowe, dobre jajka ze wsi, dobre oleje (np.lniany), pestki, nasiona, ew. indyk czasem czy ryba. To już wyjdzie organizmowi na zdrowie i jak tak z miesiąc go odżywisz, to potem taki post Daniela, będzie Ci łatwiej przejść po prostu?

    • Inka pisze:

      Droga V,

      Pierwsze trzy-cztery dni są najtrudniejsze, potem jest lepiej. Z moich doświadczeń:
      - jestem osobą wierzącą i pewnie bym nie wytrwała w poście zaplanowanych 5 tygodni gdyby nie fakt, że ofiarowałam post Bogu w pewnej intencji
      - jeszcze przed postem starałam się jeść jak najwięcej warzyw, a mniej mięsa, nabiału, mąki i cukru. Myślę, że dzięki temu sam początek postu nie był aż ta zły jak mógłby być
      - niby dozwolone są jabłka, ale jak jadłam więcej niż jedno dziennie to wracało uczucie głodu, więc jabłek nie polecam
      - pierwsze 3 dni często biegałam do toalety, Ty jesteś rozbita wewnętrznie – widocznie każdy ma jakiś „słaby” punkt i u każdego może to działać inaczej. Dr Dąbrowska pisze o tym obniżeniu nastroju, więc innym to też się zdarza. Powodzenia!

    • Flippi pisze:

      Droga V.,
      jestem właśnie w trakcie postu Daniela (7. dzień) i doskonale Cię rozumiem. Dla mnie najcięższe na razie były dni 4. i 5. – tak, jak piszesz: smutek, strach, płacz z byle powodu, ogólne rozbicie, bóle w różnych miejscach ciała. Do tego bezsenność, a w chwilach krótkiego snu koszmary… Trzeba to przeczekać. Od 6. dnia jest lepiej, a dziś czuję się świetnie – i psychicznie, i fizycznie :) Odwagi! Organizm się oczyszcza, to musi potrwać. Pomyśl – te parę dni to i tak ekspres w porównaniu z latami zatruwania go.
      Dziękuję Marlenie za inspirację i pracę włożoną w tę stronę. A Bogu za wszystko :)

    • V. pisze:

      Bardzo Wam dziękuję za te słowa i podzielenie się swoim doświadczeniem!

      Odżywiam się niestety na pół zdrowo czyli są zielone soki, surówki, owoce, orzechy, zdrowe oleje, ale też niestety słodycze, kawa, chleb, czasem przemysłowy nabiał, także na pewno może to być reakcja na odstawienie tych rzeczy. Przyznaję jednak, że najbardziej odczuwam brak słodkich owoców. W momencie gdy przerywałam post i zjadałam np. banana, momentalnie czułam polepszenie samopoczucia i podnosił mi się poziom energii. Brakuje cukru, glukozy? Czy to nie jest niebezpieczne? Trochę się czuję jak narkoman gdy odstawiam te wszystkie niezdrowe i zakazane rzeczy. Chcę się od tego jedzenia uwolnić raz na zawsze. Wierzę, że początki są najtrudniejsze.

      Spróbuję jeszcze raz jutro, wiem że mój organizm potrzebuje tego wytchnienia. Chcę wreszcie pójść drogą ku zdrowiu i lepszemu samopoczuciu. Najgorzej jest mi wytrwać wieczorem, gdy jest cała rodzina odżywiająca się „normalnie” i postaram się wychodzić w tym czasie na mszę. Pragnę powrócić do Pana Boga.

      Jeśli wytrwam to będzie to Wasza zasługa! :) Chciałabym chociaż dać sobie tydzień.

    • Beata pisze:

      Droga V,
      wiesz, mi bardzo dużo na początku dało odstawienie cukru. To była pierwsza rzecz z jaką się pożegnałam :) Na początku tylko go ograniczyłam do minimum, była to spowodowane chęcią polepszenia swojego zdrowia. ‚Polepszenia’, nie ‚zdrowia’ a to duża różnica :D
      Pełną świadomość uzyskiwałam krok po kroku, zaczęło się od audycji w radiu o Candidzie (polecam odsłuchać: http://www.polskieradio.pl/9/306/Artykul/264046,Bledne-kolo-depresyjnogrzybiczne), tu artykuły na różnych stronach internetowych, no i w końcu trafiłam na Akademię Witalności :D I przekonałam się, że cukier to samo zło. Nic nie daje dla mojego organizmu, a tylko mi szkodzi. Co z tego, że smaczny i kojarzy się dobrze? Poczytaj tu na blogu Akademii wszystkie artykuły o cukrze, zobacz co on powoduje. Poczytaj o Candidzie. Może to Cię uświadomi jak wielkie jest zagrożenie. I uwierz mi, to prawda że cukier jest jak narkotyk – ciągnie do niego po odstawieniu przez jakiś czas, ale jak przejdziesz to, to wtedy jest już tylko wspaniale :) Nie chce się nic a nic słodkiego. Dla mnie teraz nawet większość jabłek jest za słodka, wybieram tylko te kwaśne ;) Miód jest za słodki. Zjedzony na święta kawałeczek ciasta jest za słodki… Smaki się bardzo wyostrzają po odstawieniu cukru, pewnie dlatego to wszystko :)
      Myślę, że bardzo ważna jest świadomość. Jeśli człowiek wie, że dana rzecz mu nie służy, jest w stanie powstrzymać się od wszystkiego :) Przechodząc obok cukierni – piękne zapachy prawda? Ale ja wtedy myślę – przecież tam jest ten nieszczęsny cukier, biała mąka, jakieś spulchniacze… co z tego dobrego będzie miał mój organizm? Co go odżywi? NIC :) I już mi przechodzi :D
      Ja mam swój cel – chcę pozbyć się choroby. Nie czekaj droga V, aż u Ciebie też złe odżywianie objawi się jakąś chorobą… Ja biorę odpowiedzialność za swoje zdrowie, we własne ręce :) Polecam zrobić to samo ;)

    • santorini2000 pisze:

      Może odpowiem odrobinkę „obok tematu”, ale niech tam…
      Otóż ja w swoim życiu nie sięgałam po takie „narzędzia” jak posty, które bardzo źle znoszę (musze jadać mało, ale często). Ale w pewnym momencie życia stwierdziłam, że chyba zabrnęłam w ślepy zaułek, bo jadałam już najmniejsze w swoim życiu porcje, a nadal tyłam. Różne parametry zdrowia wskazywały na to, że mam do czynienia z syndromem metabolicznym i jestem – być może – na dobrej drodze do cukrzycy… Na to mogłam pozwolić…
      Zamierzałam sięgnąć po wypróbowaną przez siebie wiele lat wcześniej dietę South Beach, jednak w międzyczasie wzbogaciłam swoją wiedzę o to, jak bardzo ważne są w naszej diecie tłuszcze i – z różnych względów – zaczęłam stosować olej lniany oraz olej kokosowy w swojej diecie i nie chciałam z tego rezygnować. Szukałam więc i czytałam dalej . W efekcie tych poszukiwań natknęłam się na dietę niskowęglowodanową (nową), która łączyła w sobie zalety diety South Beach, ale z uwzględnieniem zdrowych tłuszczów. To było to, czego szukałam!
      Oczywiście, zaczęłam się stosować do zaleceń tej diety, a właściwie należałoby powiedzieć, że zmieniłam swój sposób odżywiania (chociaż nierestrykcyjnie…).
      Jakie były efekty? Jeszcze zanim zaczęłam stosować tę dietę zauważyłam znaczący spadek wagi (wpływ tłuszczów?). To raz.
      Po jej wdrożeniu zauważyłam natomiast:
      1/ dalszy spadek i utrzymywanie się osiągniętej wagi (w moim przypadku chodziło o utratę ok. 10 kg, straciłam 11 i ten wynik utrzymuje się już od dobrego roku, co w moim wieku uważa się na ogół za nieosiągalne…),
      2/ spadek i normalizacja ciśnienia,
      3/ unormowanię się poziomu cukru we krwi,
      4/ powrót uczucia sytości po posiłku (którego wcześniej od dawna nie doświadczałam),
      5/ zanik zwyczaju zaglądania do lodówki między posiłkami (w ogóle nie mam już takiej potrzeby :-) ),
      6/ po pewnym czasie stosowania się do nowych zasad odżywiania – zmniejszenie zjadanych porcji (w sposób naturalny, a nie w efekcie świadomie zrealizowanego zamysłu),
      7/ radykalna poprawa metabolizmu, z którym wcześniej miałam ogromne i nieustające problemy (problemy jelitowe, jak gigantyczne wzdęcia, zgaga, refluks, 3-4-tygodniowe problemy „toaletowe”, bóle brzucha i żołądka, i nie pamiętam już, co tam jeszcze…),
      8/ ogólna poprawa samopoczucia (w tym – brak uczucia zmęczenia, znużenia i senności po posiłkach),
      9/ ogólne zwiększenie siły i energii (chętnie i bez problemu wsiadam teraz niemal codziennie na rower, pomimo wieku).

      Jeśli zatem post wydaje sie być czymś tak niesłychanie trudnym do wykonania, to proponowałabym nie „katować się” na siłę (bo może organizm sobie tego „nie życzy”), ale spróbować innego sposobu na zrzucenie zbędnych kilogramów. Zachęcam do wypróbowania wspomnianej przeze mnie diety.
      Na koniec wspomnę jeszcze, że – na razie nieśmiało – zaczyna się chyba generalny „odwrót” od dotychczasowej piramidy żywienia, która wpędziła ludzkość niemal całego świata w epidemię otyłości, cukrzycy, chorób sercowo-naczyniowych i nowotworów, zwanych chorobami cywilizacyjnymi. Pierwszym krajem, który oficjalnie zerwał z dogmatem diety niskotłuszczowej na rzecz diety niskowęglowodanowej (a więc wysokobiałkowej i wysokotłuszczowej) jest Szwecja.

    • Marlena pisze:

      To nie jest tak, że węglowodany są złe. Węglowodany (warzywa, owoce, strączki) są zarąbiste pod warunkiem, że ma się przewód pokarmowy w nienagannym stanie. Tłuszcze też nie są złe (te naturalnie zawarte w darach natury rzecz jasna). Jak już cokolwiek jest złe tylko się o tym oficjalnie nie mówi to… białko. Większość chorób ma swoje korzenie w przebiałczeniu. Dzisiejsze społeczeństwa mają tak uporczywie codziennie wbijane do głów, że białko jest dobre (i że jak coś ma dużo białka to na pewno jest odżywcze i dobre), że są notorycznie przebiałczeni. I chorzy, w coraz młodszym wieku.

    • santorini2000 pisze:

      Ponieważ piszesz, że największy problem masz ze słodyczami, pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę.
      Otóż mnie osobiście w ich porzuceniu bardzo pomogła świadomość, że … „rak żywi sie cukrem”. A ponieważ podobno rak tkwi uśpiony w każdym z nas i wielokrotnie w ciągu naszego życia tylko naszemu systemowi immunologicznemu zawdzięczamy to, że się przed nim wybraniamy, to tylko od nas zależy, czy – podkarmiając go – pozwolimy mu się rozgościć z naszym organizmie, czy też wspierając siły obronne organizmu i głodząc komórki rakowe (nie karmiąc węglowodanami) – skutecznie damy odpór wszelkiemu nowotworzeniu.
      I jeszcze jedno. Cukier uzależnia – tak samo jak narkotyki, alkohol, czy papierosy. Dlatego wiele osób o nieco słabszej konstrukcji psychicznej nie może się od niego uwolnić. A ponieważ jestem osobą, która bardzo ceni sobie swoją niezależność, nigdy nie pozwalałam na to, aby dowolne substancje uzależniały mnie od siebie. I to też był dla mnie ważki argument za tym, aby pożegnać się z narkoleptykiem, jakim jest cukier i wszelkie jego pochodne.
      Życzę powodzenia w walce o swoje zdrowie i odzyskanie figury!

  5. Kamila Kama pisze:

    Witam,paski juz kupilam wcześniej , post Daniela 14 dniowy robilam w styczniu , ale zgodnie z twoimi wskazowkami jemy mnóstwo warzyw i owoców, nawet ziemniaki wyszorowane i oczyszczone twoją metoda ugotowane jemy ze skórką…rano koktajle owocowe na wodzie. Ale inne pokarmy tez,choc staram się ograniczać. Zero cukru i bialej mąki. Choc pokarmy pelnozbozowe owszem. I jaka byla moja radość jak wskaźnik pokazał 6,7 :) mam zamiar powalczyć o wyższy wynik ;) pozdrawiam serdecznie :)

  6. Aneta pisze:

    A jak jest z zielona kawa? Czy zielona kawa, jak jej tradycyjna wersja, czyli palona kawa, jest kwasotworcza?
    Pozdrawiam!

  7. Gosia pisze:

    Witam:) dzieki za kolejny super artykuł:)
    mam 2 pytania
    czy kasze zakwaszają?
    i czy w sezonie jesienno zimowym jesc warzywa, o których wiemy ze są raczej pryskane, czyli pomidory, ogórki, sałaty… itd?

    • Marlena pisze:

      Generalnie kasze zakwaszają, z wyjątkiem prosa (jaglanka). A warzywa pryskane myję w sodzie i nie przejmuję się opryskami, bo wychodzę z założenia, że w śmierdzącym spalinami miejskim powietrzu jest więcej toksyn niż na tych umytych w sodzie warzywach. Tylko że to powietrze nie zawiera żadnych związków chroniących moje zdrowie przed toksynami, podczas gdy warzywa takie związki ochronne i odtruwające posiadają i to w obfitych ilościach, pryskane czy nie.

  8. Małgosia pisze:

    A ja mam zagadkę. Od ponad pół roku jestem po tej stronie mocy – co do zasady nie jem niczego odzwierzęcego (sporadycznie – raz na kilka tygodni skubnę placuszki jaglane, które robię z dodatkiem jajkiem), nie piję kawy, jem tylko zdrowe słodycze (np. Twój krem czekoladowy!) i niemal nie piję czarnej herbaty. Za to jest woda, zielone i owocowe napary. Do tego jem tylko chleb pieczony wg Twojego przepisu. Generalnie same warzywa i owoce + nasiona, strączki i czasem coś skrobiowego (np. czerwony ryż, kasza gryczana niepalona). Ponieważ rodzina nalegała, zrobiłam badania i to dość szczegółowe. I jestem zadziwiona swoim pH moczu, bo wyszło 4,0!!! Od razu przejrzałam całą teczkę dotychczasowych wyników i zadziwiłam się podwójnie, bo na kilkadziesiąt wyników (uzbierało się przez 40 lat!), łącznie z ostatnimi sprzed 1,5 roku, kiedy jeszcze odżywiałam się tradycyjnie, moje pH wahało się od 6,0 do 7,3!!! Jak to możliwe??? Co robię nie tak??? Prawdę mówiąc podłamałam się i zwątpiłam :-(
    Jest na to jakieś sensowne wytłumaczenie???
    Jednocześnie pozostałe parametry są ok, żelazo prawie 99 jednostek, hemoglobina 13, tarczyca < 1, lipodogram w porządeczku, potas, sód i wapń w normie.
    Będę bardzo wdzięczna za Twoją opinię.

    • Marlena pisze:

      Małgosiu, ja gdy rzuciłam stary tryb życia też przez jakiś czas miałam bardzo kwaśne pH moczu, ale nie umiem powiedzieć z czego to wynika. Organizm się jakichś kwasów, jakichś toksyn pozbywał? Niestety nie mam pojęcia. Ale na pewno na pH ma wpływ nie tylko dieta, lecz również zażywane leki (również suplementy), stres, ruch, palenie czy też inne źródła związków nie sprzyjających zdrowiu. Najlepiej prowadzić dzienniczek zdrowia przynajmniej przez jakiś dłuższy czas, do czego zachęcam. Takie wyrwane z kontekstu jednorazowe badanie mało co nam mówi. To zresztą straszna frajda obserwować poczynania swojej maszynerii, dopiero wtedy zaczynamy zdawać sobie sprawę ile tak naprawdę zależy od nas, od tego co robimy, co jemy, jak żyjemy ;)

  9. Adam pisze:

    Super wpis, wiele cennych informacji, zwłaszcza, że temat zakwaszenia staje się „suplementowo modny”, a reklama specyfiku zdaje się mówić – jedz dalej co chcesz, po prostu od czasu do czasu kup opakowanie naszego specyfiku i wszystko będzie ok. Delikatnie i z życzliwością przyczepiam się do zdania „Cukier nie zawiera żadnych pierwiastków…” :). Zastanowiłbym się też, czy w śród pierwiastków zasadotwórczych wymieniać tlen. Dawna polska nazwa tlenu to kwasoród, a w rzeczywistości tle tworzy i zasady, i kwasy.
    Pozdrawiam i gratuluję strony – jest super :)

    • Marlena pisze:

      Chodziło mi o minerały, te ważne dla nas (jak już ktoś wyżej zauważył to był „skrót myślowy”). ;) Tlen jest ważny i pobierany z powietrza płucami np. podczas spaceru czy gimnastyki nas alkalizuje, ale natura nas nie zaprojektowała tak, że mamy ten tlen pobierać z rafinowanego cukru.

  10. dddd pisze:

    Witam pani marleno ,mam pytanie odnosnie yerba mate co pani o niej wie z jednej strony czata sie ze jest bardzo zdrowa gdzie indziej znowu ze wywoluje raka czytałem ze zawiera jakis zwiazek szesciowodorowy który wywołuje raka któs jednak napisał ze zawiera go tylko yerba która sie przygotowuje na jakims dymie lub cos takiego ,jak pani wie cos na ten temat prosiłbym o napisanie bo niechce rezygnowac z yerby ze wzgledu na jej smak ,pozdrawiam .

    • Marlena pisze:

      Chodzi o proces suszenia liści: jeśli są suszone powietrzem to jest lepiej niż jak są suszone przy użyciu gorącego dymu, gdzie powstają te same związki co np. przy pieczeniu kiełbasy na grillu lub przy ognisku (tzw. wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne). Trzeba szukać yerby mającej na opakowaniu oznaczenie „sin humo” czyli bez dymu (=liście suszono bez użycia dymu, tylko gorącym powietrzem).

  11. Ad post pisze:

    Apropos Postu Daniela. Razem z mężem przeszliśmy przez niego bardzo łagodnie, a efekty zdrowotne były zdumiewające (nie wspomnę już o tym że pięknie pozbyliśmy się zbędnych kilogramów). Myślę że kluczem do sukcesu jest tutaj przede wszystkim nastawienie, wiara że to przyniesie pozytywne efekty oraz dobre przygotowanie się. Ja przygotowywałam się około dwóch tygodni (głównie psychicznie). Upewniałam się że naprawdę warto, że tego potrzebuję i chcę i że dam radę. To jest bardzo ważny element – przygotowanie. Ponadto układałam sobie menu: bo nie jest łatwo z tradycyjnego żywienia przejść na 100% warzyw. Menu, które składało się z ponad połowy surowego. Najlepiej wspomóc się świeżo wyciskanymi sokami z warzyw – szklanka dziennie (są dość kaloryczne). Mój mąż, który nie przepadał za warzywami dał sobie świetnie radę. Wytrzymaliśmy ponad 4 tygodnie! Czułam się genialnie: wypoczęta, nigdy nie bolała mnie głowa ani nie byłam zmęczona (przepraszam głowa bolała mnie pierwszego dnia diety). No właśnie – początek niestety może być trudny – to jest szok dla organizmu. Ale potem jest już ok – oczywiście trzeba mieć silną wolę, ale samopoczucie jest dobre, no i po 3-4 dniach wyłącza się uczucie głodu. Polecam z całego serca – warto – nawet jak trzeba pierwsze kilka dni pocierpieć (na początku śni się jedzenie – oczywiście zakazane) :) Pozdrawiam

  12. Wiola pisze:

    Na początku marca trafiłam przypadkiem na Twoją stronkę. Czytałam, czytałam i czytałam … i oczy robiły mi się coraz większe. Niby gdzieś tam czytałam o niektórych rzeczach … Ale następnego dnia odstawiłam wszystkie te niezdrowe rzeczy o których piszesz (ja słodyczo- i czekoladoholik, i kawosz). Miałam przez kilka dni bulgotanie w brzuchu, ale to minęło. Po tygodniu zaczęłam się czuć coraz lepiej. Po dwóch miałam więcej energii, nawet wieczorem. Nie czuję ochoty na słodycze – z początku zjadałam kilka suszonych moreli i ochota przechodziła. Nie męczę się tak, mogę więcej zrobić. Nawet jak szłam, to podbiegłam kawałek. Dzisiaj usmażyłam „zdrowe” kotlety sojowe. I zmęczenie i ospałość wróciło jak zły sen. Już wiem, że nic smażyć nie będę. Acha … kupiłam już wyciskarkę, zrobiłam kiszone ogórki, chleb i płyn enzymatyczny :). A jutro znów suróweczki będę wcinać :).
    Dzięki piękne za tę stronkę i pozdrawiam :).
    Wiola ostatnio opublikował…Portfele – znów ;) My Profile

    • Marlena pisze:

      Bardzo się cieszę, Wiolu, pozdrawiam bardzo serdecznie wzajemnie i życzę wspaniałej witalności i nieustającego zdrowia :)

  13. tomu5 pisze:

    Hmm , super , to teraz proszę to powiedzieć wszystkim ludziom ciężko pracującym np. na budowach wykonujących pracę fizyczną , przykro mi ale to jest nie realne! człowiek potrzebuje kalorii ! aby mógł pracować wychowywać dzieci itp. ten sposób odżywiania dobry jest dla panienek które nie mają żadnych obowiązków , ktoś powyżej napisał że powinno się taką dietę wprowadzić w szkołach i innych placówkach , więc proszę mi powiedzieć czy dziecko które bawi się w przez kilka godzin w grupie innych dzieciaków będzie miało siłę na zabawę jeśli zje tylko surówkę z kawałkiem pieczywa??? można by tak wymieniać bez końca. dobranoc. PS. pisząc to popijam niezdrowy napój energetyzujący, jestem też uzależniony od coli i olbrzymich ilości cukru i dobrze mi z tym ;-)

    • Marlena pisze:

      Zapewniam Cię, że bardziej niż kalorii Twój organizm potrzebuje PRZEDE WSZYSTKIM składników odżywczych: witamin, minerałów, tysięcy rozmaitych fitozwiązków, błonnika, rozmaitych kwasów tłuszczowych itd. Ludzie w Polsce raczej nie chorują z BRAKU KALORII, lecz z braku właśnie tych wszystkich ważnych substancji, które są wymagane przez ich system do prawidłowych przemian biochemicznych. Natomiast wiele chorób powstaje z NADMIARU KALORII, bo organizm choć przekarmiony to jest zwyczajnie niedożywiony (w dużej mierze przetworzonymi śmieciami) i woła o więcej jedzenia, w nadziei, że nareszcie dostanie to co mu potrzebne, a rozepchany żołądek przyjmie każdą ilość, nawet taką wrzucaną już nie z potrzeby czy głodu, lecz jedynie dla rozkoszy podniebienia. I vice versa – gdy system dostaje codziennie mnóstwo tych ważnych substancji i zero śmieci to okazuje się, że jakby kalorie schodzą na drugi plan. Po prostu nie musisz już nic przy nich manipulować czy je kontrolować: odczucie głodu i sytości reguluje się naturalnie, zaś masa ciała po osiągnięciu prawidłowej stabilizuje się – niezależnie od spożywanych kalorii.

      Co do dzieci, to moje dziecko nie narzeka na brak siły, choć już nie jada tego, co w powszechnym mniemaniu „daje siłę” czyli na przykład mięsa. Więc to nie mięso „daje siłę”, sorry – uległeś (nomen omen) sile reklamy. Też kiedyś tak myślałam, tak mnie nauczono z domu, takie były święte rodzinne tradycje, dla mnie obiad bez mięsa to nie był obiad i samą sałatką (wtedy) za żadne skarby bym się nie nasyciła.

      P.S. Całkowicie rozumiem Twój punkt widzenia, choć (już) go nie podzielam. Ja też piłam litrami napoje energetyzujące, colę i byłam chorobliwie uzależniona od słodyczy oraz było mi z tym dobrze jak najbardziej – do czasu! ;)

    • Flippi pisze:

      Drogi tomu5,
      zasmucił i zarazem rozbawił mnie Twój komentarz. Poświęć chwilę, zajrzyj np. na stronę http://veganworkout.org.pl/ i zobacz sportowców na diecie wegańskiej: kulturystów, strongmanów, ultramanów. Niezłe ciacha, że tak powiem ;) Potrzebują naprawdę duuużo kalorii i jakoś dają radę na „paszy dla królików”. A swoją drogą, myślałeś o tym, skąd siłę biorą najsilniejsze zwierzęta świata? Słonie, nosorożce, konie? Przecież nie z napoju energetyzującego :) Pozdrawiam i życzę zdrowia!

  14. d pisze:

    Żeby nie było tak różowo, przedstawię swoje doświadczenie – w listopadzie zafundowałem sobie post wg Dąbrowskiej, „odwróciłem proporcje” w diecie, cukru unikam jak ognia, doprowadziłem do tak zwanego „uszczelnienia jelita” (mocz po burakach nie farbuje), pH moczu mam w miarę dobre (wedle papierków z dokładnością 1), i:
    - ani trochę lepiej/szybciej się nie wysypiam
    - nie mam ani trochę więcej energii
    - nie czuję się ani trochę szczęśliwszy (dietę polubiłem, więc nie chodzi o to, że się katuję jedzeniem)
    - mam wieczne problemy trawienne (gazy, rozwolnienie)
    - właśnie po raz kolejny jestem przeziębiony – kuracja witaminą C działa tak samo jak brak kuracji

    • Marlena pisze:

      Jeśli nadal są problemy (np. z jelitami) to nawet gdy jesteś na dobrej drodze nie możesz się poddawać. Zdrowie zaczyna się właśnie od jelit! Kup sobie też dokładniejsze papierki, powtórz też może rundę postu (skoro wiele lat katujemy nasz system to nie oczekujmy od jednorazowego postu Daniela natychmiastowego przywrócenia 100% zdrowia, bo może być potrzebnych kilka rund, a czasem wzmożenie reżimu) i obserwuj dalej co się dzieje. Twoje problemy z C nie są winą C lecz tego, że masz problemy trawienne. Przeczytaj proszę artykuł: http://www.akademiawitalnosci.pl/qa-001-najczestsze-pytania-na-temat-witaminy-c/ a na problemy jelitowe http://www.akademiawitalnosci.pl/probiotyki-i-prebiotyki-czyli-zycie-karmi-sie-zyciem/ – być może to pomoże. Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę powodzenia w dalszej drodze do zdrowia i witalności.

    • aga pisze:

      Do d :)
      Zwróć też uwagę na temat nietolerancji pokarmowych. Ja mam dokładnie tak samo jak Ty, poszłam na testy na nietolerancję i okazało się, że pomimo super zdrowego odżywiania wielu zdrowych produktów jeść nie mogę – mam np. nietolerancję na wszystkie zboża glutenowe, a do tej pory jadałam własnoręcznie wypiekany chleb na zakwasie z pełnoziarnistych mąk zbóż glutenowych, nietolerancja na orzechy oprócz włoskich, a wciąż spożywałam np. domowe mleko migdałowe, z nerkowców(super świetna śmietana nerkowcowa), codziennie jadłam kilka orzechów brazylijskich(selen), uwielbiałam wszelakie strączkowe w tym soczewicę i niestety na te produkty również mam nietolerancję – po prostu nieświadomie robiłam sobie krzywdę. Po tygodniu odżywiania eliminującego produkty, których mój organizm nie toleruje widzę lekką poprawę – brzuch nadal jest wzdęty, ale nie mam już uporczywych gazów(cuchnących), energii jeszcze brak, ale organizm musi mieć czas, aby wyrzucić z siebie to co go truło tyle lat.

    • Ewcia pisze:

      Do „agi”, i „d” i, rzecz jasna Marleny:
      Przepraszam za ten wpis, bo wierzę w leczenie dietą, a to co poniżej nie jest różowe.
      Wpis mój będzie sążnisty:( W skrócie: eksperymentuję z dietami od dawna. Kilka razy w życiu byłam na głodówkach-od kilkudniowych do 14dniowej.
      A od momentu, gdy zdiagnozowano u mnie Hasimoto- od września : Post Daniela 40 dni z dwiema wpadkami, potem tydzień „normalnego” czytaj niezdrowego jedzenia, bo test na nietolerancje. Nie będę pisać na co je mam. Napiszę co ostatecznie mogę jeść (krócej, hi hi): sałaty, pomidory, paprykę, ogórki surowe, seler korzeniowy i naciowy, kiełki lucerny i cebuli, cebulę, pora, pietruszkę korzeń i nać, koper, czosnek, cukinię, awokado (w teście nie było, więc tak na 100% nie wiem, czy mogę, ale jem), orzechy włoskie, pestki dyni i słonecznika, buraki i czasem ziemniaki ze skórkę, kaszę gryczaną, amarantus. Kiszone ogórki i kapustę. Owoce: cytryna, jabłko, banan, winogrona ciemne, pomarańcze i mandarynki, rzadko kiwi, śliwki. Suszone morele, daktyle, rodzynki. I .. kozi twarożek w ilości 2 łyżeczki dziennie, choć nie zawsze. Na takiej diecie schudłam 17 kg, w zasadzie czuję się lepiej, wiele z różnych objawów minęło, ale zawroty głowy, z których powodu zaczęłam drążyć o co chodzi z moim zdrowiem, nie minęły, ostatnio nawet nasiliły się. Bolą mnie stawy, mniej niż wtedy, gdy ważyłam 80 kg, ale czasem dotkliwie. Używam kosmetyków Alterra, soli himalajskiej, piję wit C, pryskam się oliwką magnezową, włosy farbuję henną nie farbą, jem ostropest, siemię i kolendrę, choduję bazylię, tymianek, oregano, szczypiorek. Jeżdżę na rowerku 30 min dziennie- więcej nie daję rady z braku czasu. Staram się wychodzić na słoneczko, ale tylko na 20-30 min. Czy jem, czy nie jem koziego serka – gazy gigantyczne i nieustanne odbijanie się, mgła umysłowa… i te zawroty. Ostatnio przyszło mi do głowy, że mam kandydozę. Napiszcie, proszę, co o tym sądzicie, bo powoli tracę nadzieję i determinację w walce. Co robię źle?! I jeśli tak, to co robić?

    • Marlena pisze:

      Ewo, nic nie robisz „źle” tylko daj sobie więcej czasu: ciało całymi latami nieprawidłowo traktowane potrzebuje czasu aby powrócić do równowagi. Może zrób sobie mikroskopowe badanie żywej kropli krwi?

    • tawaret pisze:

      Ewcia, a może tak jak inne Hashimotki masz:

      -mgłę umysłową od niedoboru magnezu
      -bóle stawów od niedoboru witaminy D3 (i opalanie mało da)
      -zawroty głowy od niedoboru żelaza (szczególnie odkąd zrezygnowałaś z mięsa i produktów zbożowych) ?

      Polecam nie zaślepiać się dietą, bo Hashimotki mają problem z wchłanianiem składników odżywczych z jedzenia i D3 ze skóry, czasem bez suplementów albo zastrzyków ani rusz.

      Pozdrawiam

  15. Ola pisze:

    A ja mam przez ostatnie dwa tygodnie straszną ciągotę do słodyczy. To jest tak silne, że wczoraj np. aż mnie trzęsło jak wracałam z cukierni z napoleonką i ciastem czekoladowym. Po powrocie do domu pochłonęłam dwa kawałki z wielkim szczęściem. Wieczorem zjadłam całą czekoladę z bakaliami. Dzisiaj przed południem zjadłam całą czekoladę z orzechami. W kuchni leży druga i tak patrzę na nią i myślę „Zjeść czy nie zjeść- może nie zaszkodzi”. Wiem, że to obrzydliwy cukier. Od stycznia w ogóle nie słodzę i unikałam słodyczy, było dobrze. A teraz wszystko wróciło, mam wrażenie, że to efekt jojo detoksu cukrowego. Co zrobić, żeby takie napady łakomstwa nie powracały?

    • Marlena pisze:

      Z własnego doświadczenia powiem tak: teraz gdy organizm mój jest czysty i zalkalizowany, to reaguje na dużą dawkę cukru (np. kawałek ciasta) bardzo złym samopoczuciem: otępieniem, osłabieniem sił życiowych, mgłą umysłową i jakąś taką ogólną generalnie ociężałością. Moje zdrowe jelita natomiast gdy dostaną dużą dawkę cukru reagują też burczeniem i produkcją gazów – momentalnie bowiem zaczyna się fermentacja i ja do dosłowne czuję, a nawet słyszę. Do tego to uczucie otępienia jakbym dostała cegłą w łeb – bardzo nieprzyjemne. Od pochłonięcia np. kawałka ciasta do wystąpienia objawów mija ok. 30-40 minut. Gdy jem to jest fajnie i niczego złego nie czuję, same miłe odczucia związane ze słodkim smakiem itd. – jest bardzo fajnie. Jazda zaczyna się jednak później. Całkiem jak po wypiciu alko. Jak pijesz nic nie czujesz, jest przyjemnie. Odpowiedź od organizmu przychodzi po jakimś czasie. Dlatego teraz już unikam jak ognia wkładania do swojego wnętrza tych słodkich „dobroci”.

      Biorąc pod uwagę, że byłam nałogową cukroholiczką i potrafiłam pochłaniać naprawdę niezłe ilości wszystkiego co zawierało cukier, nie czuję się jednak nieszczęśliwa z powodu tego, że mój organizm tak teraz reaguje. To jest bowiem prawidłowa reakcja zdrowego organizmu, który zapomniał już co to jest rafinowana sacharoza. To tak jak ktoś rzuci palenie, a potem po długim czasie się zaciągnie papierosem – zawroty głowy i niesmak w buzi gwarantowane. Ale gdy był nałogowcem to wcale tego nie czuł, papierosy pochłaniał z radością. Tak samo ze słodyczami. Są po prostu toksyczne. To legalnie sprzedawany narkotyk, który mogą kupić nawet dzieci. Problem w tym, że większość ludzi upatruje w słodyczach „czegoś dobrego” i dlatego patrzy na nie łakomym wzrokiem. Nie kopcą ani nie śmierdzą jak papierosy. Nie zaśmiecają niedopałkami. Nie smakują obrzydliwie jak wóda czy fajki. Nie powodują wzrostu agresji ani kaca na drugi dzień. Są tańsze niż alko czy fajki. Za 3 zł możesz kupić kilo cukru i upodlić się nim do woli, do zemdlenia. Można też z cukru zrobić fajnie wyglądające i atrakcyjne smakowo produkty, które uzależnieni od sacharozy ludzie będą kupować trując nimi siebie oraz swoich bliskich do końca życia, a nawet kupując je innym w prezencie, jako zawsze mile widziany podarunek. Same plusy! Z wyjątkiem jednego: to niebezpieczna i silnie uzależniająca neurotoksyna, której Twój organizm całkowicie do niczego nie potrzebuje i nawet ewidentnie szkodzi mu.

      Zdrowy człowiek nie potrzebuje cukru. Podobnie jak niepalący człowiek nie potrzebuje do szczęścia palić, niepijący nie odczuwa niepohamowanej radości z powodu opicia się alkoholem, nieużywający narkotyków nie patrzy łakomym wzrokiem na heroinę, wręcz przeciwnie: przyjmowanie (wdychanie, wypijanie, wstrzykiwanie) „czegoś takiego” do swojego wnętrza nie mieści mu się w głowie. Niepijący nie będzie chodził w markecie na stoisko alkoholowe aby sprawić sobie przyjemność oglądaniem alkoholi (i wyobrażaniem sobie jak smakują). Niepalący minie kiosk z papierosami obojętnie lub nawet z obrzydzeniem. Niejedzący cukru przejdzie obok cukierni czy stoiska z kolorowymi słodyczami bez żadnych emocji (chyba, że negatywnych). Postaraj się przemyśleć czy to naprawdę TY potrzebujesz tego cukru, powiedz głośno: „Potrzebuję cukru (czekolady). Czy to prawda?” i postaraj się odpowiedzieć uczciwie na to pytanie, zwróć przy tym uwagę jakie wiążesz z tym emocje. Gdy opuszczą Cię te emocje pozostanie goła prawda: nie, nie potrzebuję cukru, do niczego nie jest mi potrzebny. Niczego też nie tracę pozbywając się go ze swojego życia, wręcz przeciwnie. Mogę jedynie zyskać: zdrowie, witalność, długowieczność, jasność umysłu, piękne zęby, gładką skórę. To ci, którzy nie są w stanie pozbyć się go i wyrzucić go ze swojej świadomości tracą.

    • hajduczek pisze:

      Olu, bądź cierpliwa, przeczekaj. Gdy „dusi” Cię apetyt na słodycze – zjedz. Postaraj się tylko, żeby to słodkie było jak najmniej szkodliwe. Jeśli ciasto – to najlepiej pełnoziarniste, albo bardzo mało słodkie, jeśli czekolada – to gorzka. Czasem wystarczy łyżka miodu i zdrowy rozsądek. Sama wiesz, o co chodzi…

      Ja sama jadłam przed laty dużo słodyczy, jadałam bardzo słodko, jeśli miałam do wyboru posiłek słodki i „normalny” – wybierałam ten słodki. Najpierw odzwyczaiłam się od słodzenia kawy, herbaty, ziółek. Stopnowo doszło do tego, że zaczęłam wybierać mniej słodkie ciasta, na przykład drożdżowe zamiast piaskowej babki. Ale ja od wielu lat jestem wegetarianką, a słyszałam kiedyś, że jedzenie mięsa prowokuje apetyt na słodycze. Nie wiem, czy to jest prawda. Jestem jednak wegetarianką od 20 lat i stopniowo mój apetyt na słodycze wygasł. Nie walczyłam z nim! Teraz obojętnie przechodzę obok cukierni, a jeśli – rzadko – najdzie mnie apetyt na „słodkie” – wchodzę i kupuję, i zjadam bez poczucia winy. Ale taka sytuacja zdarza się raz na 3-4 miesiące, więc to nie jest problem. Bardzo lubię kuchenne eksperymenty. Kiedyś bardzo lubiłam piec ciasta, teraz wolę gotować i komponować wytrawne potrawy. Obecnie piekę z okazji świąt, uroczystości rodzinnych, gdy mam do zagospodarowania produkty sezonowe (rabarbar, śliwki itp.) albo do przetestowania nowy i bardzo inspirujący słodki przepis. Jednak gdy ktoś częstuje mnie słodyczami – nie ulegam i wcale przy tym nie cierpię, po prostu nie mam ochoty jeść. Jeśli mam do wyboru ciasto/deser i jakąś sałatkę albo inny „konkret” – wybiorę to drugie…

      Nie musiałam się zmuszać do dokonywania podobnych wyborów. Cierpliwie czekałam, aż samo przyjdzie. Starałam się tylko nie ulegać nagłym zachciankom, bo one szybko przemijają, w dodatku bez śladu, więc niczego nie stracisz, a wiele zyskasz!

      Po paru latach mego wegetarianizmu i słodkiej wstrzemięźliwości mogą na stole leżeć produkty mięsne, słodycze, a nawet sery (które kiedyś uwielbiałam), a ja rezygnuję z nich bez poczucia żalu i straty. Myślę, że to jednak są uzależnienia, Pozwól im stopniowo wygasnąć!

  16. Ewcia pisze:

    To jeszcze raz ja! przepraszam, napisałam w pośpiechu hoduję przez CH- niewybaczalne! I zapomniałam o najważniejszym: nie używam cukru, a ksylitolu, stewii i ostatnio erytrytolu. Czasem, rzadko jadłam 2 łyżeczki miodu, a z grzechów: 3 razy przez pół roku sorbet z czarnej porzeczki, słodzony niestety cukrem.

  17. Donia pisze:

    Witam
    Co myślicie o jonizatorze wody i samej wodzie jonizowanej czyli alkalicznej? Czy ktoś stosował i co z tego wynikło. Mam chęć nabyć jonizator tyle że to droga impreza a i nie wszyscy w to wierzą i uważają to za wymysły i naciąganie.
    Pozdrawiam

  18. Karolina pisze:

    Odwiedzam tą stronę od czasu do czasu, czerpie inspiracje, ale nie stosuje się rygorystycznie do podanych wskazówek, głównie traktuje je jako ciekawostkę. Staram się tylko unikać produktów przetworzonych, przygotowuje posiłki przeważnie od podstaw, ale nie unikam mięsa ani produktów odzwierzęcych choć warzywa i owoce jem w dużych ilościach. pozwalam sobie tez niestety na słodycze bo jestem uzalezniona od nich, ale ph moczu mam idealne 6,5-7 i robię badania ostatnio regularnie co miesiąc. Co do wcześniejszych komentarzy to potwierdzam, trudno jest jeść same warzywa i być zaspokojonym kalorycznie. W okresie wakacyjnym zafascynowana tą stroną stosowałam się do diety warzywno-owocowej mało lub wcale nie obrobionej termicznie plus nasiona i orzechy i niestety nie miałam siły na treningi, nie wiem ile bym musiała zjeść tych warzyw żeby zaspokoić wydatek energetyczny, ale pewnie mój żołądek by tego nie pomieścił, dlatego wróciłam odżywiania standardowego tylko bez produktów zbyt przetworzonych

  19. Beny Kowalski pisze:

    Bez zakwaszenia czy z zakwaszeniem i tak każdy zdechnie…
    Wszystko co jemy jest złe?!
    W PRL-u była grupa uczonych idiotów, która uważała, iż jedzenie masła jest szkodliwe.
    Powiem krótko: walcie się z waszymi radami!
    Jeść należy wszystko. Należy tylko przy tym – jak zresztą ze wszystkim – zachować pewien umiar, i tyle.

    • Marlena pisze:

      Beny ta grupa idiotów reprezentowała zapewne producentów „bardzo zdrowej” margaryny. Jeśli komuś muszę wierzyć to wolę krowie niż chemikom, którzy stworzyli „masło roślinne” i inne margaryny. A co do umiaru i jedzenia wszystkiego to pozwolę sobie mieć odmienne zdanie. Więcej pisałam o tym tutaj: http://www.akademiawitalnosci.pl/podrabiany-klucz-do-zdrowia-czyli-slow-kilka-o-umiarze/

      Oczywiście, że każdy organizm żywy ma w DNA zaprogramowaną także śmierć. Sęk w tym, że zanim do niej dojdzie – nasza jakość życia może być nędzna lub wspaniała, a to co wkładamy do gęby ma na to istotny wpływ. Między innymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge