pioro

Czy pamiętacie historię naszej czytelniczki (A.R.), która opisała jak za pomocą zmian żywienia i stylu życia zapoczątkowanych dietą dr Dąbrowskiej pozbyła się atopowego zapalenia skóry, z którym borykała się wiele lat? Po opublikowaniu tego artykułu wysłałam kontakt do naszej czytelniczki (na co wyraziła ona swoją zgodę) do ponad 100 osób, które mnie o to poprosiły! Jak widać temat AZS jest bardzo popularny. Chorują nawet małe dzieci, cierpi również wielu dorosłych, przekonanych o nieuleczalności swojego stanu.

Jedną z osób, które kontaktowały się ze mną z prośbą o kontakt do czytelniczki A.R. był Paweł Stachyra – również nasz stały czytelnik. Było to dokładnie rok temu. Paweł to młody mężczyzna, który pomimo swojego młodego wieku borykał się z problemami zdrowotnymi, a najbardziej dokuczliwym było atopowe zapalenie skóry (AZS). Paweł wygrał z AZS – dzięki sile prawdziwego jedzenia jest wolny od tej uprzykrzającej życie dolegliwości. Jak tego dokonał?

Oto jego niesamowicie inspirująca historia (wraz ze zdjęciami skóry przed i po!) jak pokonywał swoją drogę do wolności od AZS, a także na koniec pewna mała niespodzianka dla czytelników – specjalnie od Pawła dla Was. 🙂

Zacznijmy od początku: Paweł miał w swoim życiu kilka zdrowotnych problemów – zanim spostrzegł zmiany skórne zaczęło się od kłopotów z żołądkiem i ogólnie z trawieniem. Oczywiście  był na „normalnej”, tradycyjnej diecie. Poszedł rzecz jasna do lekarza. Jak nietrudno się domyśleć, lekarz zrobił to, co lekarze (choć nie wszyscy, ale jednak zdecydowana większość) zazwyczaj  w takich przypadkach robią: zalecił brać inhibitor pompy protonowej (są to wszystkie te leki gastryczne powodujące zmniejszenie kwaśności żołądka, a zawierające często w nazwie „-prazol” jak Omeprazol, Bioprazol, Pantoprazol, Polprazol, a także nazwy handlowe jak Nolpaza, Contix, Agastin, Controloc, Ortanol i inne).

Oprócz tego Pawła nękały częste, ciągnące się tygodniami infekcje, podczas których brał różne Fervexy, Gripexy i tym podobne. Jednym słowem leków sobie nie żałował. Pigułka na to, pigułka na tamto. Tak minęło parę lat.

Od rzemyczka do koniczka – zaczęło się od niewinnych problemów trawiennych i częstych infekcji, a skończyło na problemach skórnych zdiagnozowanych jako atopowe zapalenie skóry, będące kolejnym sygnałem od ustroju, że coś idzie tutaj nie tak, a najgorsze było to, że zaatakowało również twarz. Paweł zainteresował się wtedy metodami naturalnymi, między innymi pił przez ponad rok aloes, dzięki któremu poczuł pewną ulgę w swoich dolegliwościach żołądkowych. Jednak wciąż było coś nie tak: atopowe zapalenie skóry nie ustępowało do końca. Pewną poprawę na twarzy uzyskał pijąc ten aloes i biorąc różne minerały w postaci suplementów diety, jednak wciąż nie mógł uwolnić się od AZS na dobre, cierpiąc na charakterystyczne dla tej choroby okresy remisji i zaostrzeń.

Na szczęście Paweł nie ograniczył się jedynie do łykania suplementów. Paweł pomyślał też o jedzeniu: może by tak jeść więcej warzyw i owoców, ograniczyć mięso (i ogólnie produkty odzwierzęce) i wykluczyć na jakiś czas gluten i zobaczyć co będzie? Jak pomyślał, tak zrobił. Kolejnym krokiem było zainteresowanie się leczniczą dietą dr Dąbrowskiej, na której nastąpiła na początku pewna poprawa, jednak efekty nie były do końca satysfakcjonujące (aczkolwiek przyznać należy, że Paweł pościł tylko raz i to stosunkowo krótko – jedynie 3 tygodnie). Symptomy AZS wkrótce nie tylko powróciły, ale nawet były przez pewien czas jakby silniejsze (cóż, odtruwanie ma wiele poziomów, często zaskakuje nas objawami kryzysu ozdrowieńczego i nie zawsze wszystko przebiega tak, jak byśmy sobie tego życzyli…).

Kiedy zaś na naszej witrynie rok temu pojawił się artykuł z historią naszej czytelniczki A.R., Paweł napisał do mnie w akcie desperacji: jeśli nie postna dieta warzywno-owocowa, to co jeszcze można zrobić, żeby uwolnić się od przeklętego atopowego zapalenia skóry na dobre? W tym czasie był już na diecie wegańskiej bezglutenowej i nie za bardzo wiedział w którą stronę ma iść!

Teraz sięgnijmy do Piramidy Zdrowego Detoksu, którą czytelnicy tego bloga już znają, omawiana była już wcześniej tutaj [klik]. Wiemy już, że jeśli nie uzyskujemy satysfakcjonujących efektów na niższym poziomie, to należy spróbować wejść na wyższy.

piramida-detoksyfikacji

Pierwsza zasada jest taka: prawdziwe uzdrawianie związane z detoksem zaczyna się wtedy, gdy na talerzu zostawiamy jedynie jedną grupę pokarmów, a są to świeże owoce i warzywa.

Druga zasada jest taka: dieta owocowo-warzywna (czyli taka, w której przeważają owoce) ma większą uzdrawiającą „siłę rażenia” niż warzywno-owocowa (czyli taka, w której przeważają warzywa), ponieważ to owoce mają większą siłę oczyszczającą, a nie warzywa.

Trzecia zasada jest taka: owoce i warzywa spożywane w stanie surowym mają większą oczyszczająco-uzdrawiającą siłę niż te same pokarmy zjadane po ugotowaniu.

Czwarta zasada jest taka: monodieta pomoże uzdrowić szybciej niż dieta mieszana (urozmaicona). Oczywiście mówimy o działaniu leczniczym, bowiem u ludzi zdrowych tak na co dzień dieta urozmaicona jest jak najbardziej na miejscu. 😉

A piąta zasada jest taka: pokarm płynny (jak koktajl, a w jeszcze większym stopniu świeżo wyciskany sok) daje organizmowi więcej przestrzeni do uzdrawiania niż ten sam pokarm jedzony w formie stałej. Im mniej obciążamy nasz system koniecznością trawienia, tym więcej ma on siły na naprawdę, odbudowę, oczyszczanie i regenerację.

Czy to działa?

Jak najbardziej! Im bardziej dieta nieprzetworzona (surowa) i im bardziej owocowa, tym szybciej organizm powraca do zdrowia. Inspiracją dla Pawła była też niesamowita witryna rodziny Kaczmarków (dehappy5.com), na której dzielna mama (Ullenka Kaczmarek) zamieszcza wpisy dotyczące zdrowienia jej trojga dzieci z chorób medycznie nieuleczalnych (AZS oraz spektrum autyzmu), a czyni to bez leków, bez ziół, bez suplementów – jedynie naturalnym pokarmem, jakim są przede wszystkim świeże owoce (oraz wszystko co można z nich zrobić jak koktajle, lody czy sałatki) oraz warzywa, wszystko to zjadane jest na surowo, jak Bozia stworzyła. A zrobiła to kiedy już kompletnie NIC nie pomagało: ani farmaceutyczne leki od lekarza, ani sterta drogich suplementów, ani odrobaczanie, ani diety paleo tłuste czy wegańskie chude. 😉

Ullenka nie tylko pomogła swoim własnym dzieciom w powrocie do zdrowia karmiąc je odpowiednio, ale poszła dalej za ciosem i napisała o tym książkę (a nawet dwie, niestety obie są w języku angielskim) oraz zorganizowała grupę wsparcia na Facebooku, gdzie szczęśliwi użytkownicy z całego świata zamieszczają zdjęcia „przed i po” – swoje lub swoich dzieci. Zdjęcia te znajdziecie też na blogu autorki (http://dehappy5.com/blog/). Myślę, że ta odważna mama zasługuje na odrębny artykuł na naszej witrynie, wkrótce zapewne napiszę o niej szerzej.

Niech nikt jednak póki co nie ma wątpliwości, że owoce leczą! Dieta surowa (głównie owocowa) po prostu działa: zamieszczone na blogu Ullenki zdjęcia uwolnionych od AZS ludzi (w  tym małych, karmionych jeszcze piersią  niemowląt, którym trudno byłoby przecież zarzucić „efekt placebo”) robią po prostu piorunujące wrażenie! Przy czym jeśli chore na AZS jest dziecko, a karmione jest jeszcze piersią, to na dietę musi przejść zarówno mama jak i maluch.

Oczywiście we współczesnej medycynie AZS jest opisywane jako „schorzenie, na które nie ma jeszcze lekarstwa” czyli „nieuleczalne”, a powodów szuka się (zgadnijcie gdzie?) w genach, nie zapominajmy jednak o tym, że geny są jedynie jak nabity pistolet, ale coś (ktoś) musi jeszcze nacisnąć na spust. Medycyna zatem lekarstwa na AZS jeszcze nie wymyśliła, ale Matka Natura i owszem! 🙂

Co zrobił Paweł i jakie uzyskał rezultaty?

Paweł wszedł na wyższy stopień piramidy i zaczął jeść owoce, dużo owoców i trochę warzyw – wszystko na surowo. Jako sałatka, koktajl lub po prostu w całości. Łatwo nie było: odczuwalne na samym początku boleści brzucha po koktajlach czy owocach mogłyby odstraszyć niejednego, ale nie Pawła! Dalej kontynuował i obserwował efekty. AZS zaczęło dosłownie ginąć w oczach.

Po trzech tygodniach efekt był rewelacyjny – jak zdjęciu:

 

kuracja czytelnika z AZS

Po jakimś czasie Paweł chciał dołączyć nieco pokarmów gotowanych: brązowy ryż, dynia, ziemniaki czy strączki. Była to późna jesień i organizm wołał o coś ciepłego.

W pewnym momencie napisał do mnie jednak:

„Gdy zacząłem mniej spożywać owoców, to objawy się zwiększyły.”

Paweł zauważył też, że fenomenalnie pozytywnie na stan skóry wpływa u niego jedzenie arbuza (nic dziwnego, oprócz winogron i cytrusów jest to jeden z najsilniej oczyszczających owoców), natomiast pogarsza się po spożyciu orzechów lub nasion czy też wtedy, gdy Paweł skusi się na zjedzenie rzeczy wysoko przetworzonych, choć niewątpliwie bezglutenowych (jak np. kukurydziane chrupki). Właśnie w taki sposób organizm Pawła z nim „rozmawia”: daj mi to, a tego mi nie dawaj. 😉

Nota bene arbuzami zajadały się też dzieci Ullenki!

arbuz

Na współczesnej „tradycyjnej” diecie bogatej w białka zwierzęce wiele osób ma poza tym utajony problem z nerkami. Z kolei skóra jest naszą „trzecią nerką”: to, co nie może wydostać się przez nerki wraz z moczem – przeciążony ustrój usiłuje wydalić przez skórę. Problemy skórne to częstokroć tak naprawdę problemy z przeciążonymi lub zapchanymi organami i gruczołami (nerki, nadnercza i inne gruczoły endokrynne, wątroba, trzustka, zatkane chemicznymi blokerami gruczoły potowe itd.), a nie ze skórą jako taką!

Chora skóra to jedynie objaw (AZS, egzema, łuszczyca, trądzik itp.) – nie choroba sama w sobie. Problem tkwi nie w skórze, lecz zupełnie gdzie indziej: skóra jest tylko barometrem wskazującym na aktualny stan organów, gruczołów i płynów ustrojowych (szczególnie limfy, płynu międzykomórkowego, bo to ona odbiera od każdej z trylionów naszych komórek metaboliczne „śmieci” przeznaczone potem do usunięcia – głównie przez nerki właśnie). Smarowanie po wierzchu maściami objawów na skórze niczego tak naprawdę nie naprawi, trzeba się zabrać za naprawę całokształtu. 😉

O tym, że arbuz oczyszcza nerki wielokrotnie mówił też dr Morse: arbuz ma świetne działanie moczopędne, syci zarówno głód jak i pragnienie. Gdybym miała wyjechać na bezludną wyspę zabierając ze sobą tylko jeden rodzaj pożywienia, to bez wątpienia byłby to właśnie arbuz! 😉

Jeśli macie zatem zamiar pożegnać na dobre swoje AZS, to warto zrobić to TERAZ, póki soczyste owoce (arbuzy, melony, borówki, jabłka, gruszki, śliwki, winogrona, brzoskwinie itd.) są jeszcze wciąż dostępne w przystępnych cenach (arbuzy po 1 zł za kilo czy winogrona po 4-7 zł) i pochodzą głównie albo z Polski, albo z krajów leżących na naszym kontynencie.

 

owoce

 

Ponieważ każdy z nas jest inny, nikt nie zagwarantuje nikomu, że – tak jak u Pawła – w trzy tygodnie będzie już po sprawie: pamiętajmy bowiem, że Paweł startował nie z punktu diety „tradycyjnej” (pełnej żywieniowych śmieci, okradzionej ze składników odżywczych i zaprawionej chemią i antybiotykami), ale już był na diecie 100% roślinnej (wegańskiej) opartej głównie o naturalne pokarmy całościowe, jak również odbył już wcześniej oczyszczający post Daniela (w/g metody dr Dąbrowskiej).

Być może komuś wystarczy tylko metoda żywieniowa zalecana przez dr Dąbrowską (okres postu warzywno-owocowego przeplatany z następującym po nim okresem zdrowego odżywiania)? A ktoś inny z kolei będzie musiał wejść jeszcze wyżej, na kolejny stopień piramidy uzdrawiania i zapalenie skóry ustąpi dopiero na koktajlach i sokach (dieta płynna)? Każdy z nas jest stworzeniem unikalnym i u każdego sprawdzi się coś innego. Nigdy jednak nie poddawajcie się – zawsze jest nadzieja na wyzdrowienie, nawet z takich chorób, na które oficjalna medycyna leku żadnego jeszcze nie wymyśliła, w związku czym określa je mianem „nieuleczalnych”. Nawet jeśli cierpicie już od wielu lat. Nawet jak już nie jesteście młodzi. To naprawdę nie ma większego znaczenia.

Uprzedzę też przy okazji uwagi malkontentów, którzy nasłuchali się jakież to te dzisiejsze owoce i warzywa są zatrute środkami ochrony roślin, w związku z czym są bezwartościowe, a nawet trujące. Oczywiście nie ma wątpliwości co do tego, że najlepsze są owoce i warzywa z upraw organicznych (a z własnych to już w ogóle marzenie, takie „prosto z krzaka”). Jednak jak wynika z mojego (i Pawła oraz wielu naszych czytelników również!) doświadczenia – nawet „zwykłe” owoce i warzywa zakupione w pobliskim warzywniaku czy markecie mają równie wielką moc. Gdyby miały nas uszkodzić zamiast uzdrowić, to już by to zrobiły. 😉

Nie mówiąc już o tym, że wszelkie badania naukowe w których wykazywano zbawienną moc warzyw i owoców na ludzkie zdrowie i ochronę przed chorobami robiono zawsze na użytkownikach kupujących „zwykłe” owoce i warzywa: nie dobierano specjalnie do tych badań ludzi, którzy żywili się jedynie produktami bio! Z polskich badań wykonanych na warzywach i owocach (krajowych oraz importowanych) dostępnych powszechnie w naszych sklepach również wynika, że wiele z nich ma czystość w zasadzie „organiczną” (brak wykrywalnej ilości środków ochrony roślin), o czym pisałam jakiś czas temu tutaj: [klik].

Jeśli chcemy mieć większą pewność możemy oczywiście zdecydować się na produkty oznakowane zielonym listkiem upraw organicznych, o ile budżet nam na to pozwala. Jeśli nie pozwala, to użyjmy roztworu kwasowego, a następnie zasadowego – myjąc konwencjonalne warzywa i owoce przed spożyciem w sposób opisany tutaj: [klik].

Dlatego niczym się nie martwcie, miejskie legendy o jakoby strasznie „zatrutych” warzywach i owocach czy też amerykańskich „brudnych dwunastkach i czystych piętnastkach” jakimi powszechnie straszą nas „internety”, można w naszych polskich warunkach śmiało odłożyć do lamusa: jedzcie nawet i te „zwykłe” i patrzcie jak zdrowiejecie! 🙂

A teraz… niespodzianka!

Oto obiecana niespodzianka od Pawła dla czytelników: Paweł jest bardzo utalentowanym młodym artystą, a konkretnie pisze wiersze.

Paweł przesłał mi swój wiersz o jedzeniu zatytułowany „Stasio i jedzenie”. Ten wiersz powinien moim zdaniem wisieć na honorowym miejscu w każdej szkolnej klasie, aby dzieci od małego się uczyły, żeby nie traktować pokarmu jako namiastki szczęścia, nie zajadać smutków i ogólnie nie przejadać się, a szczególnie słodyczami! 🙂

Zatem czytajcie, pokażcie też swoim dzieciom (na pewno im się spodoba!) i pamiętajcie: kłopoty nie zanikną od jedzenia, chyba że… będą to świeże owoce i warzywa. Dużo, często i do ustąpienia objawów! 🙂

Potwierdzam to z własnego doświadczenia ja sama, potwierdza też i ze swojego doświadczenia Paweł jak również inni nasi czytelnicy, którzy przekonali się o tym na własnej skórze (tudzież innych uzdrowionych częściach ciała).

A przesłany mi plik graficzny z wierszem publikuję poniżej (brawo, Paweł!):

Stasio i jedzenie

 

Jeśli ktoś chciałby się skontaktować z Pawłem w celu uzyskania dodatkowych informacji, to możecie zrobić to poprzez Facebook: https://www.facebook.com/PawelStachyra/ jak również Paweł prowadzi na Facebooku grupę poświęconą skutecznemu uwolnieniu się od AZS: https://www.facebook.com/groups/atopowezapalenieskoryskutecznie/

Dodam jeszcze na koniec, że metoda uzdrawiania ciała żywieniem nie odnosi się jedynie do zapalenia skóry, ale do zapalenia wszystkiego i niedomagania wszystkiego (w sensie: wszystkiego co nabyte i z czym się nie urodziliśmy). Złe jedzenie jeszcze nikomu w niczym w niczym nie pomogło, a właściwe jedzenie wielu postawiło na nogi – więc czemu nie spróbować?

Nie piszcie więc do mnie czy znam jakiś lek, dietę, zioła czy suplement na (i tu wyrażona w języku medycznym nazwa choroby, nabytej w ciągu naszego beztroskiego życia). Cokolwiek by to nie było – prawdziwe jedzenie (świeże owoce i warzywa) jest w stanie dać ogromną szansę ciału na naprawę naszych błędów i na ustąpienie „choroby”. Wątpić będzie tylko ten, kto sam tego cudu nie doświadczył osobiście.

Ja doświadczyłam, Paweł doświadczył, a teraz kolej na Ciebie, drogi czytelniku.

Powodzenia, na pewno się uda! 🙂