dvd

 Na dobry początek roku – dobre wiadomości! Przez ostatnie dekady byliśmy bombardowani głównie złymi wiadomościami na temat witamin: bardzo niewiele czyta lub słyszy się w mediach dobrych wiadomości na ten temat, przeważają natomiast informacje brzmiące złowieszczo i to płynące zarówno z ust utytułowanych  ekspertów alopatycznej medycyny jak i tzw. naturopatów przezywanych złośliwie znachorami. Słyszeliśmy już od nich wszystko: „witaminy są szkodliwe”, „nigdy nie dowiedziono, że witaminy zapobiegają chorobom”, „witaminy niczego nie leczą”, „nie bierzcie za dużo witamin, a najlepiej wcale”, „sztuczne witaminy w ogóle nie są przyswajalne”, „witaminy? Szkoda pieniędzy, to tylko drogie siki!”, „witamina taka lub owaka niszczy wątrobę, żołądek, nerki, płuca, serce, układ nerwowy, powoduje raka, stwardnienie tętnic, zwapnienia, kamicę, otępienie mózgowe” (niepotrzebne skreślić), czy w końcu „witaminy mogą zabić”, już nie mówiąc o warzywno-owocowych sokach świeżo wyciskanych, które jak wieść gminna niesie są bardzo niezdrowe, ponieważ podobno podnoszą niesamowicie poziom insuliny, nie mają błonnika i mogą być szkodliwe w nadmiarze (powiem szczerze, że dostaję nawet zapytania od użytkowników czy piciem świeżo wyciskanych soków można nabawić się hiperwitaminozy). Tak bardzo ludzie boją się witamin!

Jeśli jednak witaminy zabijają to zadajmy sobie jedno podstawowe pytanie: gdzie są trupy? Z pewnością znajdziemy je w statystykach. Zaglądając jednak do statystyk choćby za 2014 rok opublikowanych przez AAPC (American Association of Poison Control Centers) dotyczących USA (kraj mający 8-9 razy tyle ludności co Polska) – nie widać ani jednego przypadku śmierci spowodowanej witaminami. W takim ludnym i dużym kraju. To już kolejny rok, trzydziesty drugi, gwoli ścisłości. Od 32 lat statystyki nie odnotowały tam ani jednego przypadku zgonu z powodu zażywania witamin, czy to bezpośrednio czy pośrednio. Ani z powodu multiwitaminy, ani z powodu witaminy A, niacyny, witaminy B6 lub innej witaminy z grupy B, tudzież witaminy C, D, E lub w ogóle jakiejkolwiek.

Ale co tam statystyki. Kto dzisiaj czyta statystyki? To takie nudne! Dzisiaj wiedzę nabywa się z mediów. A gazety i telewizja byłyby niezmiernie uszczęśliwione taką sensacją, że oto ktoś zażywający witaminy zrobił sobie nimi śmiertelną krzywdę. Co jak co, ale z mediów na pewno wiedzielibyśmy o tym, gdyby to miało miejsce. Ale nie ma! I  raczej mało prawdopodobne, że  kiedykolwiek będzie miało.

Zaraz, ale może jednak jak nie teraz to KIEDYŚ KTOŚ jednak zabił się tymi witaminami? Bo przecież skoro tyle się o tym pisze wszędzie i ostrzega przed szkodliwością, to coś w tym musi być? Owszem – jest.

Oto wyrywkowa lista wielbicieli megadawek witaminowych, znanych publicznie osób,  które zabiły się zjadaniem masowych ilości witamin. Aczkolwiek należy obiektywnie przyznać, iż zajęło im to zdecydowanie trochę czasu (w nawiasie lata ich życia). Lista dotyczy wielbicieli megadawek pochodzących tak z soków jak i z kapsułek, więc zarówno witamin naturalnych jak i syntetycznych:

– Linus Pauling (1901-1994) – amerykański biochemik, dwukrotny laureat Nagrody Nobla, zmarł na raka prostaty mając 93 lata, ponad 20 lat po usłyszeniu diagnozy. Daj Boże każdemu choremu na raka przeżyć z chorobą 20 lat (oprócz tego Pauling cierpiał na niewydolność nerek, co odkryto gdy dobijał 40-stki) i każdemu dożyć podeszłego wieku 93 lat będąc dodatkowo facetem (dzisiejsza średnia maksymalna długość życia dla panów to 80 lat pod warunkiem, że są Japończykami, w Polsce to tylko ok. 73 lata).

– Abram Hoffer (1917-2009) – kanadyjski biochemik i lekarz, założyciel czasopisma „Journal of Orthomolecular Medicine”, do dzisiaj zbanowanego na PubMedzie.

– Albert Szent-Gyorgyi (1893-1986) – węgierski biochemik, odkrywca witaminy C, laureat Nagrody Nobla

– Norman Walker (1886-1985) – amerykański inżynier, witarianin, autor książek – z których ostatnią napisał w wieku 95 lat, konstruktor pierwszej wyciskarki soków stworzonej dla niemieckiego lekarza dra Maxa Gersona 1881-1959, ten ostatni również bardzo długo i namiętnie truł się witaminami (w postaci wyciskanych soków i jarskiego jadła) i żyłby dłużej gdyby nie został otruty arszenikiem przez adwersarzy przerażonych wydaniem jego książki „A Cancer Therapy: Results of 50 Cases”, ponieważ picie świeżo wyciskanego soku z marchwi i jedzenie warzyw w celu pozbycia się raka było w tym czasie nielegalne (i dzięki wysiłkowi wielu ludzi oraz miliardom wydanych w tym celu dolarów pozostało tak do dziś: nielegalne jest wybranie możliwości zabicia się witaminami, nawet gdy pochodzą z soku i jarzyn, natomiast całkowicie legalne jest zabicie się uzgodnionymi działaniami i środkami medycznymi).

Ruth Flinn Harrell (1900-1991) – amerykańska badaczka na Uniwersytecie Columbia, psycholog dziecięcy, leczeniem żywieniowym przywracała zdrowie dzieciom z problemami mentalnymi. Na temat tego jak udawało jej się żywieniem i suplementami podnieść IQ u dzieci pisałam tutaj [klik]

– Roger J. Williams (1893-1988) – amerykański biochemik, odkrywca witaminy B5.

– Denham Harman (1916-2014) – amerykański gerontolog, twórca wolnorodnikowej teorii starzenia się.

– Ernst Mayr (1904-2005) – niemiecko-amerykański biolog, brał witaminę E w dużych dawkach przez wiele lat, swoją ostatnią książkę „What Makes Biology Unique?” napisał w 2004 r, czyli w wieku 100 lat.

Więc owszem, jak widać spożywanymi w masowych ilościach witaminami można się jak najbardziej zabić, ale zabiera to cholernie dużo czasu! 😉

Oczywiście pod warunkiem, że nie zaczniesz przyjmować ich naraz wiadrami (szczególnie te rozpuszczalne w tłuszczach) albo nie będziesz przyjmować ich w złej formie (np. syntetyczny beta-karoten) lub nie będą kolidować z aktualnie przyjmowanymi lekami. Można oczywiście nabawić się kłopotów nawet i od jednej z najmniej toksycznych substancji na naszej planecie czyli witaminy C, jeśli dana osoba cierpi na genetyczną chorobę (fawizm), niedobór enzymu dehydrogenazy glukozo-6-fosforanu (G6PD w skrócie), choć dotyczy to jedynie 0,1% populacji; inni z kolei mogą mieć uszkodzenia genu MTHFR, przez co mają problemy z metylacją i muszą wybierać preparaty metylowane. Jednym słowem to nie do końca jest tak, że każdy może sobie uprawiać samowolkę i wrzucać w siebie bez opamiętania wszystkie suplementy jak leci, w ilościach lub formach dowolnych – abyśmy się dobrze zrozumieli. I wcale do tego nie zachęcam aby działać bezmyślnie i na oślep. Jeśli jednak wiesz co robisz (lub pozostajesz w stałym kontakcie z mądrym lekarzem, który wie co robi), to nie ma możliwości aby zrobić sobie witaminami śmiertelnej krzywdy. W mediach ani w statystykach nie zobaczymy jako się rzekło witaminowych trupów: pewna (większa zapewne) część ludzi boi się witamin tak bardzo, że przyjmuje ich za mało (lub zbyt rzadko) aby sobie nimi zaszkodzić, zaś ta część, która wie, że aby sobie pomóc należy ich brać dużo więcej, zdobyła wcześniej wiedzę na ten temat (co, jak, ile itd.) lub też jest prowadzona przez mądrego lekarza, który wiedzę tę posiada. I ci drudzy cieszą się lepszym zdrowiem, ponieważ ciało zawsze wie co robi, choć większości z nas nie chce się to  mieścić w głowie. 🙂

A jak radzą sobie ci, co uważają witaminy za rzecz w  ogóle szkodliwą i całkowicie zbędną jeśli podaną w dawce powyżej RDA („zalecane dzienne spożycie” będące w istocie spożyciem minimalnym aby nie umrzeć i to w dodatku zalecaną dla osoby perfekcyjnie zdrowej, o co dzisiaj niezmiernie trudno)? Przypomnę przy okazji, że znakomita większość preparatów aptecznych zawiera właśnie ilości RDA w jednej tabletce/kapsułce – dzieje się tak z mocy prawa (decydenci bardzo dbają o to, byśmy nie przyjmowali czasem za dużo tych wstrętnych i jakże groźnych witamin), więc tym bardziej raczej trudno byłoby się nimi zatruć. Ale do rzeczy: jak radzą sobie ci, co uważają witaminy za rzecz w  ogóle szkodliwą i całkowicie zbędną jeśli dostarczaną w ilościach powyżej RDA? Prześledźmy to na przykładzie wyśmiewania się z Linusa Paulinga i oskarżania go, iż cierpi na „chorobę noblistów„. Kto się z niego śmiał, kto go zwalczał i jak i kiedy pożegnał się z życiem?

Przyjrzyjmy się historycznym faktom. Największy oponent Linusa Paulinga, dr Charles G. Moertel, badacz chorób nowotworowych w Klinice Mayo (bastion medycyny alopatycznej) również w tym samym mniej więcej czasie co Pauling (1994r.) zmarł na raka (chłoniak), z tym że w wieku 66 lat. Nie wiemy ile by żył gdyby poszedł w ślady Paulinga, bo nigdy nie poszedł. Moertel jako badacz tematu doskonale przy tym wiedział (tak jak wiedział to Pauling i my teraz też to wiemy), że u chorych na raka poziomy witaminy C są niezwykle niskie jak również im są niższe tym czas przeżywalności jest statystycznie krótszy, pomimo to do końca życia stanowczo krytykował zarówno Paulinga jak i samą witaminę C, odmawiając jej jakiejkolwiek roli zarówno w powstawaniu nowotworów jak i w późniejszym rozwoju choroby i radzeniu sobie z nią (Moertel jako wierny sługa Mayo Clinic święcie wierzył tylko w chemioterapię, radioterapię i chirurgię, czyli 3 filary niezmiennie do dziś obowiązujące w onkologii i konsekwentnie zaprzeczał roli czegokolwiek innego). Padł w końcu ofiarą swoich przekonań i szybko umarł dla idei. Podobnie jak dr William DeWys z Narodowego Instytutu Raka, od którego cała akcja dyskredytowania Linusa Paulinga się zaczęła (przeżył lat 58, zabiła go w 1998 r. cukrzyca: jak dzisiaj wiadomo poziom kwasu askorbinowego we krwi diabetyków jest niższy niż u osób zdrowych, zaś suplementacja znacząco poprawia parametry biochemiczne pacjentów z cukrzycą). DeWys zaciekle walczył z „bzdurami” głoszonymi przez Paulinga (na cześć Paulinga ukuł termin „choroba noblistów”) i nie brał witamin bo uważał, że go zabiją.

No cóż, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Chyba jednak wolałabym zachorować na „chorobę noblistów” po czym ciesząc się życiem i służąc innym  dożyć w przyzwoitej formie fizycznej i jasności umysłu 93 lat biorąc przy tym witaminy, niż zachorować na jakąkolwiek  chorobę cywilizacyjną i umrzeć z jej powodu zdecydowanie przedwcześnie z powodu lęku przed przyjmowaniem witamin.

Popularnie panuje obecnie pogląd, że teraz dłużej żyjemy. Lecz cóż z tego, że dłużej żyjemy, skoro najczęściej również przy tym dłużej umieramy? Żadna z przewlekłych chorób cywilizacyjnych do przyjemności jak wiadomo nie należy i potrafi solidnie uprzykrzyć życie – często do tego stopnia, że człowiek przypomina chodzące zombie, dbające jedynie o to, aby „jakoś” przeżyć kolejny dzień (w czym pomagają mu uśmierzające symptomy leki). Tymczasem jak pokazuje praktyka lekarzy ortomolekularnych zmiany żywienia i stylu życia połączone z odpowiednią suplementacją mogą zniwelować, a nawet na zawsze przenieść w niebyt takie zjawiska jak astma, alergie, ADHD/ADD,  artretyzm, Alzheimer, AIDS/HIV, autyzm, angina pectoris (choroba niedokrwienna serca), anemia, alkoholizm – i to tylko na literę A!

Oprócz tego depresja, bezsenność, niepokój, zaburzenia afektywne dwubiegunowe, cukrzyca, stwardnienie rozsiane, kamice, zwyrodnienie plamki żółtej, starczowzroczność i inne osłabienia wzroku, katarakta, kardiomiopatie, endometrioza, bielactwo nabyte, trądzik, padaczka, nadciśnienie tętnicze, problemy z przewodem pokarmowym (refluks, wrzody, uchyłkowatość, Crohn, jelito drażliwe, hemoroidy itp.), problemy z płodnością i utrzymaniem ciąży, impotencja, przewlekłe choroby serca i układu krążenia, przewlekłe choroby układu oddechowego, choroby autoimmunologiczne rozmaitego typu oraz w końcu nowotwory.

Czy przez przypadek czasem nie wymieniłam wśród nich największych zabójców współczesnych społeczeństw? Również Polaków: ze statystyk GUS (Stan zdrowia ludności Polski w 2009 r., Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 2011) wynika, że na przewlekłe choroby cierpi ponad 55% polskiego społeczeństwa (dane za 2009 rok, teraz pewnie jest tego więcej) a po 50. roku życia aż 82% Polaków cierpi przynajmniej na jedną chorobę przewlekłą! Wynika z tego, że praktycznie wśród czytających te słowa nie ma nikogo, kto nie miałby w rodzinie lub wśród przyjaciół i/lub znajomych kogoś przewlekle na coś chorego, i to od lat pięciu do stu pięciu, bo dzisiaj borykają się z chorobami przewlekłymi nawet małe dzieci, co jeszcze całkiem niedawno było w ogóle nie do pomyślenia.

Właśnie dlatego chcę czytelników zaprosić dzisiaj do obejrzenia pierwszego filmu dokumentalnego „That Vitamin Movie”, na temat wpływu substancji odżywczych na nasze zdrowie (witaminy, minerały, kwasy tłuszczowe, błonnik, enzymy, aminokwasy). „That Vitamin Movie” jest filmem dokumentalnym opartym o wywiady z lekarzami i adwokatami zdrowia oraz na osobistych doświadczeniach pacjentów. Film został sfinansowany siłami internautów z całego świata (dzięki aktywności czytelników swój udział miała w tym również Akademia Witalności), projekt nie miał zatem żadnych sponsorów z zewnątrz (typu firmy farmaceutyczne czy też producenci witamin). Ponieważ film zrobili ludzie dla ludzi, nie ma tam reklam ani ukrytego lokowania produktów – królują za to fakty. W filmie wypowiadają się lekarze z całego świata (nie szamani czy pseudonaturopaci, tylko prawdziwi dyplomowani lekarze) mówiąc między innymi o tym, w jaki sposób przywracali zdrowie swoim pacjentom megadawkami witamin i innych substancji odżywczych. Tak, również tych syntetycznych, żeby była jasność. Naturalne, pochodzące z pożywienia są oczywiście najlepsze, najdoskonalsze, i co do tego nie ma wątpliwości, ale to nie znaczy, że syntetyczne nie działają (z pewnymi wyjątkami, których należy unikać jak syntetyczna witamina E czy syntetyczny beta-karoten). Na filmie zobaczycie jak działają!

Myślę, że dzisiaj potrzebujemy tego typu edukacji bardziej niż kiedykolwiek. Potrzeba nam więcej dobrych wiadomości na temat witamin zamiast tych złych, którymi codziennie jesteśmy zewsząd bombardowani.  🙂

Do 14 stycznia film można bezpłatnie obejrzeć tutaj, po wpisaniu w okienko swojego adresu mailowego: https://thatvitaminmovie.com (wersja językowa angielska, niestety film nie ma napisów w jęz. polskim).

Na prośbę czytelników wkrótce opracuję recenzję (streszczenie) filmu dla osób nie znających języka angielskiego.