chemikalia

Wciąż walczysz z nadwagą stosując coraz to inną dietę, a kilogramy uparcie wracają? Liczysz kalorie i masz już tego serdecznie dość? Otóż… zrobiono Cię po prostu w konia! Współczesna dietetyka oparta jest od lat 30-tych ubiegłego wieku na pewnej sprytnej półprawdzie, nikt Ci tego nie mówił?  W takim razie z przyjemnością dzisiaj wyjaśnię Ci o co chodzi. Tego nie przeczytasz w Wikipedii. Dowiedz się i przekaż każdemu kogo znasz.

Wszystkie diety odchudzające polegają z reguły na liczeniu kalorii. Kalorie, kalorie, kalorie… wszędzie ich w mediach pełno. Zapytaj kogo chcesz co zrobić aby schudnąć, a wszyscy odpowiedzą tak samo, jak taki nie przymierzając dobrze zaprogramowany komputer: aby schudnąć bilans energetyczny musi być ujemny, musisz zacząć spalać więcej kalorii niż przyjmujesz. Powiedzą to wszyscy, od zwykłego Kowalskiego aż po wszystkich dietetyków i lekarzy. Należy ograniczyć kalorie jednocześnie starając się spalać ich jak najwięcej i to wszystko. Wszystko? Czyżby? Skąd się wzięło takie przekonanie? I dlaczego nikt nie mówi całej prawdy, lecz jedynie półprawdę? No cóż, jak nie wiadomo o co chodzi, to o chodzi o pieniądze. Na dużą skalę tak naprawdę. Zawsze tak jest i w tym przypadku również.

Twój dietetyk nie powie Ci całej prawdy.

Dlaczego? Bo nie tego go uczyli na studiach. Otóż cała współczesna dietetyka i proponowane przez nią diety odchudzające opierają się na założeniach opracowanej w latach 30-tych ubiegłego wieku teorii zwanej od nazwisk jej twórców JOHNSTON & NEWSBOROUGH HYPOTHESIS czyli hipotezą Johnstona i Newsborough – pracowników Uniwersytetu w Michigan, USA.  Teoria ta zakłada, że spożywając mniej kalorii niż potrzebuje ciało, ciało spali tłuszcz, który magazynuje.

Przy powszechnym poklasku mediów teoria ta jest do dzisiaj wtłaczana nam codziennie do mózgu jako ta jedynie słuszna, a na jej podstawie wyrosły potężne, warte na dzień dzisiejszy miliardy dolarów gałęzie przemysłu: jedna produkująca odchudzającą (zero tłuszczu, zero cukru itp.) żywność oraz druga gałąź produkująca rozmaite suplementy dla odchudzających się – spalające tłuszcz, przyspieszające metabolizm itd. Wszyscy na potęgę zaczęli nagle liczyć kalorie, ćwiczyć (co akurat jest dobre), kupować dietetyczną żywność i łykać tabletki przyspieszające spalanie. Powinno wszystko działać. A tymczasem często (najczęściej!) nie działa.

Dlaczego ta teoria jest tylko sprytną półprawdą?

Ponieważ fakty mówią same za siebie. Rozejrzyj się dookoła. Od czasów opracowania tej teorii minęły 3 pokolenia. To wystarczająco długo, aby móc wyciągnąć wstępne wnioski, prawda? Otóż 3 pokolenia później mamy więcej niskotłuszczowych i niskowęglowodanowych pokarmów niż nam się śniło: napoje light ze słodzikiem zero kalorii, jogurty 0% a nawet czekoladę bez cukru i margarynę zawierającą połowę kalorii. W napędzanej medialnie euforii tłuszczofobii i węglowodanofobii cały świat rzuca się następnie jak wygłodniałe zwierzę na wysokobiałkową z kolei dietę niejako Du(p)kana, czym rujnuje (jeśli jeszcze nie zrujnował) sobie zdrowie obok utraty (niestety niekoniecznie na stałe) kilku zbędnych kilogramów. Pomimo tego liczba grubasów nie maleje, lecz sukcesywnie rośnie, a schudnąć jest coraz trudniej. Od lat 70-tych spożycie tłuszczów na głowę zmalało od 40% do 34%, jednocześnie nastąpił wzrost zjawiska otyłości z 14% populacji do 22%. Gdzie więc tkwi haczyk?

haczyk

Oparcie odchudzania jedynie na teorii bilansu energetycznego jest jak sprzątanie domu tylko na środku, podczas gdy po kątach kłębią się koty kurzu, a potem wszyscy się dziwią, że domownicy chodzą i kichają  w takim czystym niby domu. Prawda jest taka, że ocenianie diety odchudzającej na podstawie kalorii a nawet tak ostatnio modnego stosunku białek do tłuszczy i węglowodanów (diety Atkinsa, Du(p)kana, Kwaśniewskiego itd.) to jak ocenianie człowieka jedynie po wyglądzie. Jednak oprócz tego co oczywiste i możliwe do zaobserwowania gołym okiem kryją się różne zjawiska, których nie widać, ale to wcale nie znaczy, że ich nie ma.  Teoria bilansu kalorycznego powstała 80 lat temu i czas zmienić swoje podejście do odchudzania. Jeśli nie chce tego zrobić twój dietetyk – zrób to sam dla własnego dobra. Bilans energetyczny jest owszem ważny, ale nie wyczerpuje niestety tematu. Kalorie, białka, tłuszcze i węglowodany to naprawdę nie wszystko.

Dlaczego ta teoria jest już dziś niewystarczająca?

Zacznijmy od tego, że 80 lat temu chemizacja życia nie była tak powszechna jak teraz. Na każdą porcję obcych chemicznie substancji dostarczanych drogą pokarmową, oddechową lub transdermalną (przez skórę) organizm reaguje, ponieważ substancje te zaburzają jego naturalną homeostazę (równowagę). Musi te szkodliwe substancje jakoś zneutralizować i zmetabolizować, jeśli zaś okazuje się to niemożliwe, stara się je upchać jak najdalej od Twoich żywotnych organów, czyli pod skórę. Używane dzisiaj obficie w rolnictwie, przetwórstwie spożywczym czy kosmetycznym chemikalia z jakimi notorycznie stykamy się na co dzień są dobrze rozpuszczalne w tłuszczach. Twój organizm tworzy nadprogramową tkankę tłuszczową nie po to by zrobić Ci na złość, lecz po to, by zachować Cię przy życiu. Niestety nie wszystko jest usuwane wraz z moczem, potem i kałem.

8 powodów dla których stare teorie już się nie sprawdzają

Jeśli oprócz żywienia nie zmienisz w swoim życiu niczego (np. kosmetyków, środków czystości, przedmiotów z którymi styka się Twoja skóra) to możesz tak walczyć z nadwagą w nieskończoność, a w końcu weźmie ona i tak górę prędzej czy później. Jeśli nie jesteś gruby teraz masz znaczne szanse być grubym na starość. Pod warunkiem, że jej dożyjesz.

Dlaczego? Bo 80 lat temu:

1. nie było tak naszpikowanych chemią środków piorących, czyszczących, kosmetyków pielęgnacyjnych i do makijażu. W domu używało się sodę oczyszczoną, boraks, szare mydło, a do pielęgnacji urody proste w składzie kremy oparte na naturalnych substancjach lub pochodzące z natury olejki (rycynowy, arganowy, kokosowy itd.), w kosmetykach do makijażu nie królowały tak jak dzisiaj toksyczne substancje będące produktami przemysłu petrochemicznego, lecz przeważały substancje czerpane z natury. Media i producenci zrobili nam wodę z mózgu wmawiając nam, że do każdego rodzaju plam należy zakupić inny środek. Skończy się na tym, że nam wmówią, iż potrzebujemy osobne mydło do każdej części ciała.

detergenty

2. Nie było w użyciu tyle leków i suplementów diety z dodatkiem syntetycznych wypełniaczy, barwników, aromatów i słodzików. Ostatnio robiąc zakupy w aptece internetowej dostałam jako gratis tubę musującego wapna z witaminą C firmy „Zdrovit”. Niestety „Zdrovit powinien zmienić swoją nazwę na bardziej adekwatną „Chorovit” – w składzie tego musującego „zdrowotnego” cudeńka znajdował się między innymi cyklaminian sodu jako substancja słodząca. Nie wiem na cholerę to w ogóle słodzić, ale jak dla mnie to nie tykam niczego jeśli nie jest słodzone wyłącznie bezpiecznymi naturalnymi poliolami (erytrytolem lub ksylitolem) ew. stewią. Oczywiście gratisik z chemiczną wkładką powędrował do śmietnika. Nie miałam sumienia obdarować nim nikogo, kogo znam. Nie mam wokół siebie ludzi, którym bym źle życzyła.

zdrovit chorovit

3. Ludzie nosili ubrania i buty w większości z naturalnych włókien i surowców, nie było włókien sztucznych w powszechnym użyciu (odzież z syntetyków, nylonowe wyroby pończosznicze dla kobiet, buty ze sztucznej skóry itd.). Bawełna z której produkowano odzież nie była tak jak dziś pryskana pestycydami, a środki do barwienia, wybielania i konserwacji tkanin będących przez 16 godzin na dobę w kontakcie z Twoją skórą nie były tak agresywne jak dzisiaj.

bawełna pestycydy

4. Nie było w sklepach żywności tak potwornie jak dzisiaj naszpikowanej chemikaliami – konserwantami, emulgatorami, barwnikami, sztucznymi aromatami, syntetycznymi słodzikami, spulchniaczami, tłuszczami uwodornionymi, syropem fruktozowo-glukozowym itd. Na dzień dzisiejszy lista dodatków spożywczych do żywności dopuszczonych w Unii Europejskiej wynosi ponad 1,5 tysiąca substancji. Dopuszczone jednak przez jakąś instytucję do przemysłowego użytku  nie znaczy obojętne dla Twojego organizmu. Czas nazwać rzeczy po imieniu.

żywność chemikalia

5. Nie było żywności w puszkach wyścielonych od wewnątrz toksycznym bisfenolem A, nie było w użyciu papieru termoczułego zawierającego Bisfenol A (paragony, faksy, bilety wstępu, wydruki z terminali płatniczych itd), a wody nie piło się z plastikowych butelek, lecz ze szklanych, nie karmiło się też niemowląt z plastikowych butelek zawierających bisfenol A, nie używało się plastików w kuchni ani folii do żywności zawierających bisfenol A.

bisfenol

Dzieci nie bawiły się zabawkami z plastiku lecz z drewna. Dupska nie wycierało się im chusteczkami nasączonymi chemikaliami ani też fikuśnym papierem toaletowym z nadrukowanymi kwiatkami, pachnącym syntetycznym aromatem rumianku, tylko zwykłym niebielonym szarym. Kobiety nie używały przez kilka dni w miesiącu mających styczność ze skórą i śluzówkami tamponów i podpasek bielonych chemikaliami lub nasączonych syntetycznymi substancjami zapachowymi.

6. Mięso zwierząt rzeźnych nie zawierało hormonów i antybiotyków (światowa produkcja antybiotyków dzisiaj to 90% dla zwierząt i 10% dla ludzi), krowy nie były karmione paszami przemysłowymi z ziaren spryskiwanymi obficie pestycydami lub mutowanych transgenicznie (GMO), lecz pasły się jak Pan Bóg przykazał czyli żrąc trawę stworzoną dla nich do tego celu przez Stwórcę.

Green field with cows in summer

7. Mleko dostępne w sprzedaży było naturalne i surowe (podlegające naturalnej fermentacji, a nie gnijące na śmierdząco), czyli nie było pasteryzowane. Jednak dzisiejsze mleko pochodzące od przemysłowo hodowanych w ścisku i tłoku krów MUSI być dzisiaj pasteryzowane bo ryzyko zakażeń silnie w takich warunkach wzrasta. W takim mleku pływają miliony trupów zabitych podczas pasteryzacji bakterii, z którymi nasz organizm nie bardzo ma co zrobić.Takie mleko nie ma nic wspólnego z prawdziwym świeżym mlekiem od hodowanej na wsi krowy.

prawdziwe mleko

Nie mówiąc o tym, że pasteryzowane mleko ma zmienioną pod wpływem wysokiej temperatury strukturę komórkową (na mleku przegotowanym cielaki po maksimum trzech miesiącach… zdychają). Czy zdrowej na umyśle kobiecie przyszłoby do głowy nakarmić swoje niemowlę swoim przegotowanym mlekiem? Skoro nie to czemu sama pije pasteryzowane mleko krowy? Antybiotyki, hormony, pestycydy – oto co dzisiaj naukowcy znajdują w ciałach nowo narodzonych dzieci.

8. Przy produkcji płodów rolnych nie stosowano tak powszechnie chemikaliów: pestycydów, herbicydów i innej maści -cydów, uprawiało się na kompoście stworzonym przez Matkę Naturę. A żywności transgenicznie mutowanej (GMO) nie było wcale, ani dla ludzi ani do karmienia zwierząt rzeźnych. Przy czym z warzyw i owoców można w dużej części domowym sposobem usunąć pozostałości pestycydów, zaś szkodliwe substancje z mięsa i mleka są praktycznie nie do ruszenia.

Często te same substancje (np. karbaminiany) stosuje się zarówno jako pestycydy przy uprawie roślin jak też i podaje przemysłowo hodowanym zwierzętom, aby szybko przybrały na wadze i były szybko gotowe do sprzedaży.

Lekarze przepisują karbaminiany również ludziom jeśli nie mogą oni przytyć. Karbaminiany zaburzają wydzielanie hormonów kontrolujących wagę ciała (tak, dobrze czytasz: hormonów kontrolujących wagę, jeśli wydawało Ci się, że jedynie Ty ją samodzielnie kontrolujesz swoim liczeniem kalorii to jesteś w błędzie). Człowiek nie świnia, wszystko zeżre – znasz to powiedzenie? Jedząc konwencjonalnie uprawiane rośliny, przetworzoną przemysłowo żywność i mięso ze sklepu jesteśmy notorycznie narażeni na spożywanie tuczących karbaminianów. Najpierw jedzą je zwierzęta i podlewane są nimi roślinki, a potem my to jemy.

gruba świnka

Teraz rozumiesz dlaczego coraz trudniej jest w dzisiejszych czasach utrzymać prawidłową wagę ciała?

Kalorie to nie wszystko!

Aczkolwiek teoria bilansu kalorycznego nie straciła na aktualności, jednak spójrzmy prawdzie w oczy – jest już przestarzała i nie nadąża za rozwojem naszej chemicznej cywilizacji. Obecną epidemię otyłości z toksycznymi chemikaliami używanymi w rolnictwie, przetwórstwie spożywczym, kosmetykach i produktach chemii domowej wywołał nie tylko dodatni bilans energetyczny. Kalorie to naprawdę nie wszystko! Jestem na to żywym, chodzącym dowodem.

Pod okiem dietetyka z popularnego serwisu internetowego udało mi się z wielkimi bólami schudnąć jedynie 4 kg w 2 miesiące ograniczając kalorie. Kiedy rzuciłam tą dietę i zaczęłam drążyć temat wychodząc poza pudełko do którego wtłoczyły nas media na spółkę z dietetykami niczym do jakiegoś matrixa, zaczęło mi coś świtać…

Zmieniając zasady gry na dostosowane do współczesnych, nasączonych z każdej strony chemią realiów – bez większego trudu moje ciało pozbyło się 11 kilogramów w mniej więcej takim samym czasie. Po prostu uznało, że nie ma powodu dalszego utrzymywania podskórnego magazynu śmieci. A jadłam same smakowitości (lecz nie te z poprzedniego stylu życia) i ruszałam się tyle co zawsze. Jest jeszcze bonus jakiego nie dała mi żadna oparta na starych zasadach dieta. Skóra zrobiła się napięta i młoda jak z obrazka, cellulitu i pryszczy brak, od tamtego czasu nie choruję, nawet na katar.

Jeśli wychodzisz z założenia, że „człowiek ma zdolności adaptacyjne” albo że „organizm sam się dopasowuje do otoczenia” to wiedz, że najlepsze efekty są wtedy, gdy samemu ruszysz głową, tyłkiem i resztą i pomożesz organizmowi nie zmuszając go do jakiejkolwiek adaptacji na siłę.

Adaptacja na siłę może się bowiem przykro skończyć: destrukcją ciała już nie tylko na zewnątrz, ale i… od środka. Nadwaga, pryszcze czy cellulit to przy tym tak naprawdę małe piwo – te defekty kosmetyczne to pierwszy sygnał ciała, które mówi „nie traktuj mnie tak, proszę, nie dowalaj mi do pieca bo nie daję rady”.

Te wszystkie chemiczne substancje powodują wzrost acydozy czyli zakwaszenia organizmu. W nienaturalnie kwaśnym środowisku organizm uruchamia mechanizmy obronne odkładając tkankę tłuszczową gdzie magazynuje śmieci (nota bene ten osławiony cellulit to jak wspomniałam pierwszy sygnał od naszego ciała, że robimy coś nie tak, w gruncie rzeczy jest to dla Matki Natury niewielki problem i pozbyłam się go raptem w parę tygodni – bez drogich kosmetyków, bolesnych masaży i tym podobnych ściem o których może Ci powiedzieć każda napotkana kosmetyczka). Z czasem jednak to nie wystarcza i wtedy już jest kiepsko: rozwijają się liczne choroby, zaczynają nam szwankować narządy, z czasem po prostu gniją od środka (fachowo to się nazywa nowotwór – nie chcę myśleć co by się stało w miejsce cellulitu i pryszczy gdybym się w porę nie przebudziła!).

Mimo to diety proponowane przez dietetyków wciąż z oślą upartością skupiają się na liczeniu kalorii lub na proporcjach białka/tłuszcze/węglowodany, a nie na przywracaniu równowagi kwasowo-zasadowej poprzez eliminację toksyn z pożywienia, otoczenia i kosmetyków. Jednym z warunków koniecznych by tą równowagę organizmowi przywrócić jest właśnie nie tylko dbałość o alkalizujące, naturalne pożywienie, ale też „czujność chemiczna” czyli dbałość o to z czym stykamy się na co dzień. Nikt tego za Ciebie nie zrobi. I to nie jest żadna schiza, tylko niestety w takich parszywych czasach żyjemy (patrz punkty 1-8, a to i tak jedynie zajawka i szkic).

Gdy zwrócisz się o pomoc do dietetyka ten powie Ci, że może Ci pomóc z nadwagą, ale z pryszczami czy cellulitem udaj się do kogo innego. Gdy zwrócisz się o pomoc do Matki Natury ta przygarnie Cię z powrotem na swoje łono niczym syna marnotrawnego i odda Ci z powrotem wszystko: piękną sylwetkę, promienną cerę, jasność umysłu, mocne paznokcie, lśniące włosy… masz jeszcze coś na swojej liście życzeń? Matka nigdy niczego nie odmawia swojemu dziecku, wal śmiało.

Co robić i od czego zacząć?

Za każdym razem gdy zamiast przetworzonej przemysłowo karmy (pudełkowanego jedzenia nie sposób nazwać niestety pożywieniem, bo niczego wielce pożywnego tam nie znajdziesz) lub nowoczesnego kosmetycznego gadżetoidu wypełnionego chemią decydujemy się na użycie czegoś pochodzącego od natury – tak naprawdę robimy naszemu organizmowi olbrzymią przysługę!

Zamiana jedzenia na nieprzetworzone nie jest trudna do wykonania i można to zrobić praktycznie z dnia na dzień, ale już używanych do tej pory przedmiotów, (kosmetyków, środków czystości i higieny itd.) nie zmieni się tak z dnia na dzień. Jednak każdy nawet najmniejszy nasz wysiłek szybko zostanie nagrodzony. Nie wystarczy usiąść na tyłku narzekając „dzisiaj chemia jest we wszystkim” i czekać aż się coś samo zmieni. Nic się nie zmieni tam gdzie w grę wchodzą duże pieniądze i zyski dla państwa. Tyłek niestety trzeba ruszyć samemu i zacząć samemu zmieniać swoje otoczenie na tyle, na ile jest to tylko w naszej mocy. Wymieniaj po kolei wszystkie rzeczy jakich używasz na naturalne. Mnie to zabrało kilka tygodni, w takim tempie bowiem rotują w moim domu środki higieny, proszki, środki czystości, kosmetyki itd. Niektóre te najbardziej toksyczne wyrzuciłam od razu do śmieci, niektóre nieco później. A następne kupiłam (lub zrobiłam samodzielnie tanim kosztem) już naturalne.

Gdy przestaniemy coś kupować, to producenci przestaną to produkować. Chyba, że jest to coś naprawdę zdrowego – wtedy zamiast w spożywczym towar zmieni sklep na ten ze zdrową żywnością, ale z rynku nie zginie. Bardzo zdrowa i cenna odżywczo kasza jaglana (jak ją pamiętam z dzieciństwa bo matka często mnie po nią posyłała do sklepu) była kiedyś w każdym pobliskim spożywczaku, dzisiaj kupisz ją tylko w sklepie ze zdrową żywnością. Spożywczakom nie opłaca się sprowadzać jaglanki, bo modny jest teraz ryż. Białego oczywiście schodzi a jakże – najwięcej, podobnie jak białego chleba, białych bułek, słodkich jogurcików, napojów gazowanych, lodów z Dodą na opakowaniu i rzecz jasna słodyczy. Oczywiście wszystko to jest modne i w dużej mierze reklamowane w TV, ale żaden z tych produktów nie jest naturalny, każdy z nich został przetworzony ludzką ręką przy użyciu takich czy innych chemikaliów.

To my mamy wybór, to my decydujemy. Daliśmy się ogłupić i wpuścić w maliny. Przemysłowcy zrobili z nas tuczne zwierzęta podobnie jak zrobili to najpierw ze zwierzętami hodowlanymi. Naprawdę nie musimy wyprodukowanej przez nich karmy kupować. Nie jesteśmy zwierzętami i nie dajmy się tak traktować.

wyprany mózg

Dodatki do żywności oszukujące nasze zmysły i dodatki do kosmetyków oszukujących naszą skórę w dużej mierze pojawiły się dopiero niedawno, ale trzeba co najmniej trzech pokoleń by stwierdzić czy coś jest naprawdę nieszkodliwe. Tymczasem instytucja, która dopuściła te świństwa do stosowania w produkcji przemysłowej ma to wszytko w du…żym poważaniu, bo za trzy pokolenia na stołkach instytucji będzie już ktoś inny, oni nie poniosą żadnej odpowiedzialności, liczy się to, że dzisiaj dostają sute pensje na koszt podatnika. Tamci przyjdą to wycofają jak sprawa się rypnie i tyle. Po tych dodatkach w żywności się do toalety od razu przecież nie biegnie, więc tak szybko się nie wyda, a póki co kaska leci.

Uświadom sobie, że tak to funkcjonuje. W truskawkowym szejku z fastfooda nie ma ani grama truskawki ani mleka, jest to jedynie kompozycja odpowiednio dobranych chemikaliów, a jednak ktoś na to zezwolił, a  każdy ze składników jest legalny i w odpowiednich ilościach dozwolony. Dozwolony przez ludzi, ale nie przez naturę. Tej się nie da oszukać, nie da się z nią kupczyć. Zgłosi się po swoje kiedy przyjdzie na to czas.

Wybieraj zatem nie karmę a pożywienie, a czerp je prosto z rąk Matki Natury, nie z rąk zachłannych ludzi. Wybieraj to, co przed nami przetestowali na sobie nasi przodkowie przez wiele pokoleń. Swoje „nowoczesne” żywieniowo-kosmetyczne wynalazki niech sobie producenci wsadzą tam gdzie słońce nie dochodzi. W dupę krótko mówiąc.

Przeczytaj czarną listę 20 najbardziej szkodzących produktów spożywczych, dowiesz się przy okazji jak zrobić armageddon w lodówce i kuchennych szafkach,  a następnie dowiedz się jak zrobić zdrowe zakupy i jak postępować z warzywami by zmyć z nich pestycydy, jeśli nie masz dostępu do warzyw „z działki” albo od zaufanego rolnika.

Pamiętaj, że Stwórca jest dzisiaj jedynym producentem żywności, któremu warto zaufać. Człowiek nie. Zbyt często bowiem opanowany jest on żądzą zysku. Bozia nigdy nie działa z chęci zysku dlatego wybierajmy pożywienie naturalne – takie jakie dla nas natura przygotowała, bo tylko takie zostanie przez nasz organizm przyjęte z wdzięcznością. Do spożywania takiego zostaliśmy zaprojektowani.

Tylko nie przeginaj w drugą stronę – to grozi stresem!

Oczywiście, że nie da rady dzisiaj żyć pod szklanym kloszem i nie chodzi tu o to by wpadać w jakąś ortoreksję albo chwytać w sklepie paragon od kasjerki tylko ręką ubraną w ochronną rękawiczkę z powodu Bisfenolu A. Bądźmy realistami. Nie dajmy się zwariować ani też zestresować. Najważniejsze jest by uświadomić sobie, że masz wybór i  poczuć, że chcesz tego wyboru dokonać, nie że musisz go dokonać.

Nie będzie fajnie, jeśli w restauracji po wybraniu świeżej sałatki w miejsce zwyczajowego kebaba z frytkami zaczniesz nagle zastanawiać się, czy aby ta sałata jest organiczna (hodowana bez chemii) – odpręż się i po prostu ją zjedz, bo… stresy zakwaszają równie mocno jak chemikalia. 

Właśnie jestem w trakcie czytania arcyciekawej lektury (niestety nie jest dostępna w języku polskim), książki doktora Gabriela Cousens’a (tak, to ten sam, który w dokumentalnym filmie „Po prostu na surowo” wyleczył surowymi warzywami w 30 dni pod okiem rejestrującej wszystko kamery aż ośmiu chorych z cukrzycy, w tym jednego z typu I, a pozostałych z typu II). Książka nosi tytuł „Conscious Eating”(czyli świadome jedzenie).

conscious eating

Zdam relację wkrótce. Jest tam bardzo dużo jeszcze innych rzeczy, których nie powie Ci Twój dietetyk. Stay tuned czyli nie odchodźcie od odbiornika!